Cyberpunk i okolice w filmie, kulturze, literaturze.
RSS
wtorek, 16 czerwca 2015

Autor: Matthew Mather

 Wydawnictwo: Czwarta Strona

 

 Tłumaczył: Jędrzej Polak

 

 Wydana w Polsce w roku: 2015

 

 Oryginalne wydanie: 2013



 

Dla tych z was, którzy bezwzględnie wymagają od fantastyki naukowej fabuły nie dającej się opowiedzieć bez sięgania po wątki fantastyczne mam ciekawą książkę. Rzuciła mi się w oczy w księgarni, nic o niej wcześniej nie słyszałem i w sumie gdyby nie przypadek pewnie w ogóle bym się o niej nie dowiedział.

Kroniki Atopii Matthew Mathera są książką słabo dającą się podsumować czy streścić. Cztery niezależne wątki opowiadane są po kolei, po czym w piątej części książki wszystko składa się do kupy. Ponieważ bohaterowie poszczególnych wątków związani są z jednym nowym wynalazkiem, zaś każda z historii zaczyna się dokładnie w tym samym punkcie czasu, parokrotnie będziemy oglądać te same wydarzenia z perspektywy różnych bohaterów. Taka przemieszana narracje jest trudna, zwłaszcza, że tak naprawdę książka oferuje dwie pointy na koniec, obie dosyć elegancko wyjaśniające wszystko, co do tej pory oglądaliśmy. Point zdradzić nie mogę, więc szczegóły fabuły i bohaterów również odpuszczam. Przyjrzyjmy się dużemu obrazkowi.

Jest 21 wiek na planecie Ziemia. Ludzie nie radzą sobie najlepiej, chociaż ogólna apokalipsa nie nastąpiła. Świat, zwłaszcza drugi i trzeci, szarpany jest wojnami klimatycznymi, zaś państwa zaawansowane technicznie cierpią ze względu na przeludnienie. U wybrzeży USA pływa sobie sztuczna ruchoma wyspa zwana Atopią, państwo powołane przez naukowców i różnych inwestorów jako techniczny raj i pływająca fabryka nowych wynalazków. Każdy kto przypomina sobie w tym momencie Bezpaństwo z książki Stan wyczerpania Grega Egana dobrze główkuje. Atopia to bardzo podobny twór, z tym że o ile u Egana założycielami wyspy byli anarchiści i utopiści różnych odmian, w wizji Mathera niezależne państwo jest dziełem libertarian szukających dla siebie miejsca wolnego od jurysdykcji podatkowych i etycznych. Atopia nie jest jedyną taką wyspą na światowych morzach, choć na pewno najbardziej liczącą się. Atopianie pracują nad nowym produktem – systemem rozszerzonej i jednocześnie wirtualnej rzeczywistości, który ma zarobić krocie pieniędzy, jednocześnie rozwiązując wiele z aktualnych bolączek całego świata. Cel niby szczytny, ale jak miałoby to działać? Załóżmy, że dzięki odpowiednim nanitom uda nam się wpływać na ludzki mózg w sposób aż za dobrze znany z fantastyki – delikwent odpowiednio wyposażony będzie mógł oglądać komunikaty pojawiające się bezpośrednio w jego polu widzenia, będzie mógł widzieć ludzi których naprawdę tam nie ma a z którymi akurat życzy sobie porozmawiać, albo wręcz nałożyć na rzeczywistość jakąś skórkę, dajmy na to podmieniającą wszystkie oglądane samochody na cadillaci a wszystkich mężczyzn na kopie Elvisa. A teraz rozwińmy ten pomysł do ekstremum. Skoro możemy dowolnie zmieniać to czego doświadczamy, to tak naprawdę możemy wiedzieć bądź nie widzieć dokładnie zgodnie z naszym życzeniem. Nie podoba ci się graffiti w twoim sąsiedztwie? Będziesz widzieć czyste ściany! Przeszkadzają ci reklamy? Znikną z przed twoich oczu! Oczywiście, jeśli poprzestaniemy na takiej płytkiej edycji dopływających do nas bodźców powstanie ograniczenie wynikające z konieczności dokładnej substytucji obiektów w przestrzeni. No bo od biedy da sie żyć widząc ściany tam gdzie akurat są przejścia, ale być przekonanym, że wchodzimy na rozległą łąkę gdy akurat pakujemy się pod śmieciarkę na ruchliwej ulicy byłoby niebezpiecznie. Twórcy systemu pomyśleli także o tym. Zainstalowany w człowieku nanosystem dysponuje sztuczną inteligencją, zbudowaną w oparciu o nosiciela. Steruje ona jego ruchami w czasie rzeczywistym tak, by nie zrobił sobie krzywdy, podczas gdy nosicielowi wydaję się, że robi co innego. W ten sposób rzeczywistość przestaje być rozszerzona, o ile użytkownik wymusi na systemie za dużo zmian – staje się de facto rzeczywistością zupełnie wirtualną. Rozwińmy ten pomysł jeszcze dalej – skoro można rzeczywistość zastąpić inną, zgodnie z życzeniem, to może to być ona dowolnie inna. Chcecie oglądać hordę Dżyngis Chana z pierwszego szeregu jeźdźców jego osobistej straży? Hokus pokus i jesteście tam! Ponieważ każdy użytkownik na stałe podłączony jest do sieci, można swoje rzeczywistości dowolnie dzielić z innymi.

Potencjał zmieniania  świata jest oczywisty i ogromny. Skoro ludzie mieszkają w małych, klitkowatych mieszkaniach i jedzą nieciekawą breję, mogą widzieć pałace i foie gras a nawet doświadczać pałaców i foie gras. Potrzeby konsumpcyjne, pierwotna przyczyna podupadania przeludnionego świata mógłby się spełniać na płaszczyźnie wirtualnej, gdzie nasza konsumpcja nie zaburzy żadnej równowagi zasobów, bo zasoby te są po prostu wyobrażone.

System ten ma wkrótce być dostępny wszystkim ludziom, bo atopiańskie przedsiębiorstwo planuje rozdawać go za darmo. Kiedy akcja książki się zaczyna działa jednak tylko na Atopii, czyniąc z jej mieszkańców pierwszą społeczność transhumanistyczną.

O plusach i minusach, sposobach funkcjonowania i zagrożeniach takiego systemu jest ta książka. Jak wspomniałem nie sposób tu cokolwiek streścić, przyjrzyjmy sie jednak niewesołym filozoficznym konsekwencjom.

Pierwsza to solipsyzm. W takim układzie ludzie nie tylko muszą podejrzewać, że widzą jedynie obrazy, które stworzył ich mózg. Oni to wiedzą. konsekwencja to brak możliwości stwierdzenia z całą pewnością, że wyszliśmy z symulacji – na taki koszt wszyskich całościowych wirtualnych rzeczywistości zwracał już uwagę Lem kilkadziesiąt lat temu.

Drugą konsekwencją jest zanik realnej motywacji. Jak Cypher w Matriksie sprzedający kompanów za dostatnie życie w głębinach matriksu, ludzie którym stworzy się możliwość przeżywania czego chcą, skupią się na przeżywaniu właśnie. Jeśli dostępne nam podniety i rozrywki nie wynikają za naszej pracy i limituje nas tu tylko wyobraźnia, jaki sens miałoby mozolne pięcie się po szczeblach społecznej drabiny?

Trzecia konsekwencja jest mniej oczywista. Część osób związanych z cudownym wynalazkiem utrzymuje, że system nie stwarza żadnej wirtualności a po prostu przenosi nas do sąsiednich wymiarów. Rozumowanie idzie tu (zapewne, bo w wyjaśnianie autor się nie wgłębia) po linii: skoro piąty wymiar to zbiór wszystkich możliwych stanów wszechświata wynikających z ustalonych stałych fizycznych, to wszystkie możliwe kombinacje materii i energii muszą istnieć, każda w swoim wymiarze. Istnieje zatem skończona, przeliczalna i ogromna ilość światów tym bardziej do siebie podobnych im bliżej siebie się znajdują.

Olśniewające dopóki nie pomyśleć nad tym głębiej. Bardzo podobną koncepcję można czasem usłyszeć od różnej maści kwantowych mistyków jako wariant mitu wiecznego powrotu: jest skończona ilość materii i nieskończenie wiele czasu, więc każda możliwa kombinacja musi wystąpić nieskończoną ilość razy. Jesteśmy więc nieśmiertelni, bo na pewno istnieją takie momenty w historii wszechświata gdzie żyjemy dalej po śmierci i zachowujemy wspomnienia dotychczasowych żyć.

Osobiście uważam każdego kto się na taką ewentualność cieszy za idiotę, bo jeżeli jest to możliwe to podobnie nieskończoną ilość razy będziemy ginęli w pożarach, tracili rodziny, umierali na trąd itp. Oba te warianty hipotezy, że każdy dający się pomyśleć wszechświat jest dla nas dostępny mają pewne oczywiste słabości. Po pierwsze wiele parametrów fizycznych może przyjmować wartości ze zbioru liczb rzeczywistych, albo przynajmniej z przedziałów tego zbioru. W efekcie istnieje nieskończona liczba stanów, które może przyjmować skończona liczba elementów. Po drugie dla wielu układów istnieją dopuszczalne i stabilne stany których w ramach reguł tych układów nie można osiągnąć – można od nich jedynie zacząć (w terminologii automatów komórkowych takie konfiguracje nazywa się Ogrodami Edenu).

Tym gorzej jeśli wszechświat jednak jest deterministyczny, co wymagane jest przy klasycznym czy nietzscheańskim wariancie postulatu wiecznego powrotu  - wtedy wszystko musi się powtarzać w kółko dokładnie tak samo i tu znowu wieloświatową dowolność szlag trafia.

I jeszcze na koniec, gdyby istotnie szalona mnogość wymiarów miała być nam dostępna, na ogromnej części z nich istnieliby ludzie, którzy również odkryli te technologię – bylibyśmy więc jednocześnie turystami i personelem hotelu. Porzućmy jednak te filozoficzne rozważania, do prowadzenia którcyh niżej podpisany nie ma po prawdzie kwalifikacji. Kroniki Atopii są książką o wpływie wynalazków na społeczeństwo i na innych poziomach chyba nie warto doszukiwać się tu sensu.

W toku powieści bohaterowie będą stykać się z różnymi pułapkami i paradoksami egzystowania w wieloświatowej ułudzie. Jednemu ktoś ukradnie ciało i nie będzie umiał do niego wrócić, innemu jego osobisty system prognozowania zagrożeń zatruje życie ciągłym wieszczeniem zgonu i wymaganiem coraz dziwaczniejszych zadań mających zabezpieczyć jego los, pewna kobieta ucieknie ze swoimi wirtualnymi dziećmi od męża naciskającego na spłodzenie prawdziwych, a wielu ludzi będzie musiało reagować na zupełnie realnie wyglądające zagrożenia nie mając wcale pewności, czy te obiektywnie istnieją.

Na tym wszystkim jest jeszcze rozbudowana warstwa psychologiczna, poruszająca tematy chorób psychicznych, dziecięcej traumy, poczucia odrzucenia, lojalności, samozakłamania, konieczności dziejowej i zdrady.

No i  jeszcze dylematy moralne  - na przykład czy pedofilia, której obiektem są wytwory wirtualnego systemu jest naganna. To pytanie to niezły probierz dla naszego przekonania skąd biorą się normy moralne – jeśli tylko z chronienia innych przed krzywdą to zapewne odpowiedź byłaby przecząca. Dla tych z was, którzy podobnie jak ja wierzą w prawo naturalne takie zjawiska są naganne w sposób zupełnie oczywisty. Zatrzymaliśmy się akurat przy tym przykładzie, bo o samo pytanie stawia Dukaj na marginesie Irreharre, zapewne w tym samym celu – wprowadzenia czytelnika w moralny dyskomfort.

Książka jest niezłą. Trudno nadążyć za bohaterami bo jest ich sporo i ja w pewnym momencie miałem przyklejoną karteczkę z who-is-who żeby się nie pogubić, ale to po prostu efekt zastosowanej konwencji narracyjnej i mnogości bohaterów. Uczciwie trzeba przyznać, że niewiele jest tu koncepcji naprawdę oryginalnych. Bardzo podobne problemy jako główny temat opisywali Dukaj, Lem czy Egan, a na marginesie na przykład Michael Swanwick w Stacjach przypływu. Także pewne wątki wyglądają podobnie jak w serii o Gamedecu Przybyłka.  Do tego widać tu pewne zbieżności z Matrixem, Ghost in the Shell czy Existenz. Także niektóre odkrywcze spostrzeżenie na koniec nie są specjalnie odkrywcze. Ale książka Mathera ma pewne niezaprzeczalne zalety: pokazuje zdatny do uwierzenia krajobraz świata, który stoi w obliczu zlikwidowania realności i ze względu na swoje wcześniejsze złe decyzje nie bardzo ma już wybór. Kroniki Atopii zmuszają do myślenia nawet tam, gdzie uproszczenia i tani mistycyzm skłaniać będą rozumnego czytelnika ku zupełnie innym wnioskom niż autora. Egan czy Dukaj zarówno intelektualnie jak i fabularnie radzili sobie z tymi tematami lepiej, ale przegrana z tymi panami to akurat dla autora żaden dyshonor. Rasowa fantastyka, odradzałbym ją ludziom szukających przede wszystkim dramatyzmu i fabuły, ale warto się z nią zapoznać jeśli interesują was w pierwszym rzędzie idee i spekulacje.

 



21:25, mateusz_szary_skoczylas
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 maja 2015

  Autor: Sean Williams

 Wydawnictwo: Muza

 

 Tłumaczyła: Agnieszka Fulińska

 

 Wydana w Polsce w roku: 2003

 

 Oryginalne wydanie: 1996



 

Sean Stewart w Polsce znany jest z jednej książki fantasy (napisane wspólnie z Garthem Nixem Więzy krwi) i kilku powieści osadzonych w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Nie jest to może najbardziej zachęcające portfolio, ale nie ma się co zrażać. Skoro skądinąd świetny Bruce Bethke mógł napisać nowelizacje Bardzo dzikiego zachodu, a genialna Pat Cadigan Resurrecting the Mummy (książkowy making of filmu Mumia), to nie należy autorom specjalnie wypominać powoływania na świat takich literackich dzieci z nieprawego łoża. Jak to Bethke ujął „musiałem z czegoś opłacić remont dachu”.

Williams jest pisarzem płodnym, na jego stronie w zakładce science-fiction widnieją 22 powieści (część z nich pisana w tandemie). Ta jest o tyle szczególna, że to debiut. Oryginalnie zresztą było opowiadanie Robbery, assault & battery, na motywach którego dopiero później powstała książka. Nawet chciałem je porównać, ale do opowiadania nie udało mi się dotrzeć.

Akcja książki dzieje się w mieście Kennedy Polis. Miejscu wyjątkowym, gdyż zostało zaprojektowane jako nowy rodzaj miasta – samowystarczalne, ekologiczne i na wskroś nowoczesne. W czasie kiedy toczy się powieść tylko pierwsza z tych cech ma jeszcze znaczenie. Bo oto wybuchła wojna i cywilizacja się posypała. Zrujnowane Stany na domiar złego rozpadły się zupełnie skutkiem dodatkowej wojny domowej, która nie tylko nie wyłoniła zwycięzcy, ale starła państwo z mapy świata. Kennedy miało ten handicap, że było mniej narażone na oczywiste problemy czasów postcywilizacyjnych – głód i najazd zdziczałych hord. Od pierwszego nieszczęścia chroni je system recyklingu wszelkich  śmieci  i własne plantacje, od drugiego wielometrowy, niemożliwy do sforsowania mur. Władze do spółki z mieszkańcami, wiedząc że system jest w stanie wyżywić tylko określonej wielkości populacje, zamknęły bramy na głucho i pogrążyły się w izolacji. Na zewnątrz ludzie umierali z głodu, a bandy powojskowych puszczonych samopas cyborgów i bionicznych  żołnierzy robiły co chciały. Tymczasem wysiłki mieszkańców skupiły się na zapewnieniu sobie przetrwania, za co trudno ich winić. Nic jednak nie trwa wiecznie i kiedy czytelnik poznaje Kennedy Polis miasto jest już cieniem samego siebie. Wiele budynków się sypie, pojazdami mogą jeździć już tylko służby publiczne a wszyscy mieszkańcy muszą efektywnie pracować żeby utrzymać równowagę między wytwórstwem a konsumpcją żywności. Ponieważ w mieszkańcy nie mają technologii pozwalającej na produkcje elektroniki czy innych nowoczesnych wynalazków, w miarę jak zużywa się to co zostało z lepszych czasów warunki techniczne coraz bardziej się pogarszają. Większość ludzi rozumie, że prędzej czy później któryś z kluczowych systemów zawiedzie i nie będą w stanie go naprawić.

Tuż przed zawiązaniem się akcji książki miasto odwiedza emisariusz Ponownie Zjednoczonych Stanów Ameryki (RUSA) – rządzonej przez wojsko republiki, kóra usiłuje odtworzyć USA. Nowoamerykanie proponują reasymilacje i temat ten jest rozważany przez obywateli i władze. Niedługo spodziewana jest wizyta przywódcy RUSA, która ma pomóc w dobiciu targu.

Propozycja reasymilacji ma oczywiście twardych zwolenników i nie mniej twardych oponentów, obie strony zaś mają niezłe argumenty.

Tymczasem od jakiegoś czasu w Kennedy dzieją sie niepokojące rzeczy – zwolennicy asymilacji z najwyższych kręgów politycznych są mordowani przez nieuchwytnego sprawcę, zaś w różnych punktach miasta zdarza się plaga włamań, których dokonuje idealny sobowtór jednego z najlepszych policjantów w mieście – Phila Roadsa.

Niewinność samego Roadsa jest bezsprzecznie udowodniona, zostaje on więc obarczony odpowiedzialnością za rozwikłanie zagadki włamań i, gdyby się okazało że są połączone, także morderstw.

Bohater i jego przyjaciółka, policjantka Barney, będą mierzyć się bardziej z politycznymi uwarunkowaniami całej sytuacji niż z samą sprawą. Bo z jednej strony siły wojskowe Kennedy Polis wymuszają na nich uznanie swojego nadzoru, sprawowanego przez niesympatycznego biurokratę DeKurzaka, z drugiej oficer który z ramienia RUSA znajduje się w mieście w celu zabezpieczenia zbliżającej się wizyty również żąda dołączenia go do śledztwa.

Pomimo pułapek i pościgów  sprawy nie bardzo idą do przodu.

Phil uruchamia swój stary kontakt, wyjętego z pod prawa, i to zarówno z uwagi na jego działania jak i samą nature, Keitha Morrowa, zwanego głową. Keith jest bossem przestępczości zorganizowanej w Kennedy, co czyni go naturalnym celem organów ścigania, ale jest też czymś więcej. Głowa pochodzi sprzed wojny, swój pseudonim zawdzięcza faktowi, że rozmówcom objawia się jako hologram ludzkiej głowy. Nie jest to li tylko środek ostrożności. Ani reszty ciała, ani po prawdzie samej głowy w wersji realnej Keith bowiem nie posiada. Przed wojną, jako jeden z pierwszych, a na pewno pierwszy w Kennedy, poddał się przepisaniu swojej wiedzy i świadomości z umiejącego ciała do komputera. Technicznie rzecz biorąc jest nawet nie tyle sztuczną inteligencją, co sztuczną kopią inteligencji. Nie pozwala mu to na legalne działanie, nawet gdyby był nim zainteresowany. Ponieważ pod koniec wojny domowej zrewoltowana armia USA bez żadnych ograniczeń eksperymentowała z cyborgami, robotami, bionicznie wspomaganymi ludźmi itp, a ci z kolei urwawszy się ze smyczy dowództwa na własną rękę kontynuowali wojnę przeciw wszystkim, w Kennedy obowiązują „prawa człowieczeństwa” zakazujące wpuszczania do miasta kogokolwiek podrasowanego technicznie.

Głowę wszyscy chcieliby dopaść, ale nikt nie wiem gdzie znajduje się jego serwer. Sam zaś geniusz przestępczości porozumiewa się i śledzi życie miasta przez resztki sieci komputerowej, która kiedyś oplatała całe miasto. Pozostaje więc zawsze niedaleko jednak całkowicie nieuchwytny.

Fabuła jest rasowym politycznym thrillerem, więc nie będę nic już wyjaśniał.

Jak Williamsowi wyszło?

Jeśli chodzi o tło wydarzeń, wizje działania takiej podupadającej społeczności - bardzo dobrze. Kennedy jest miejscem do uwierzenia. Jego polityczna sytuacja wobec propozycji reasymilacji nawet jeszcze bardziej. Sporo tu celnych spostrzeżeń a propos polityki i wartości sojuszy, podchodzenia do tego co nieuniknione, gróźb wypowiadanych z uśmiechem jako przyjacielskie rady itp. Jest też trochę smaczków świadczących o naprawde niezłym oku autora do wyciągania socjologicznych wniosków. Dobrym przykładem jest utylitaryzm, jakim charakteryzuje się społeczność Kennedy. W książce pojawiają się różne wynalazki i gadżety, ktore wprawdzie można by dalej produkować, ale zrezygnowano z tego bo szkoda zasobów na coś co nie jest niezbędne. Także „stachanowska” etyka pracy, gdzie bezczynność traktowana jest może nie jako przestępstwo, ale gruby nietakt i coś hańbiącego, jest całkiem prawdopodobna. Oczywisty w takim przypadku żal po  śmiałych projektach przeszłości, rezygnacja wynikająca z obsesji oszczędności i pracowitości rezonują nieco z tym, co pokazał Nolan w Interstellar. To naprawdę nieźle wyszło.

Niestety, jakkolwiek zwłaszcza w fantastyce tło jest ważne, to intryga również musi coś sobą przedstawiać. A z tym jest tu niestety średnio. Dynamika akcji jest taka sobie – nie mówię, że książka jest nudna, ale na pewno przydałoby jej się szybsze tempo. Bohaterowie są niezbyt ciekawi – duet Phil i Barney, jakkolwiek daleki jest od fabularnej koleiny typu policjant i jego partner, nie porywa. Ich dialogi są dość drewniane, napięcie między nimi mało przekonujące. Nie są zupełnie źli, ale tych bohaterów można było lepiej wymyślić. Co gorsza intryga też bardzo kuleje. Przez większą część książki czytelnik nie ma szans niczego a propos zakończenia się domyślić, bo nie ma jeszcze kluczowych informacji. Potem z  kolei wszystko robi się aż nadto przewidywalne. Wątek miłosny, który przewija się w książce w sumie służy tylko temu, żeby na koniec był morał, ale jest to morał raz że oczywisty, dwa że oklepany, trzy że, co powinno być jasne dla każdego kto ma więcej niż 11 lat, zupełnie nieprawdziwy.

Sporo tu też naiwności fabularnych, zwłaszcza w warstwie policyjnej – nie wchodząc w szczegóły niektóre decyzje bohaterów są jak na doświadczonych policjantów po prostu za głupie. Polityczny aspekt wygląda z tego wszystkiego najlepiej. Ale tylko dla tego, że jest wtórny do bólu, to jest opiera się o aż nadto dobrze sprawdone wzory.

Osobna sprawa, czy tę książkę można do cyberpunku zaliczyć.

Do nurtu literackiego nie. Nie ma tu ani głębszych rozważań jak nowa technologią zmienia społeczność i społeczne interakcje, ani charakterystycznego skupienia się na świecie społecznych nizin. Pod tym względem można nawet powiedzieć, że sytuacja jest odwrotna niż w rasowym cyberpunku: widzimy jak obumieranie kolejnych nie dających się utrzymać technologii wpływa na mieszkańców i obserwujemy akcje z perspektywy funkcjonariuszy systemu. Z oczywistych względów nie ma tu też żadnej krytyki korporacji czy kapitalizmu jako takiego. Ustrój Kennedy to raczej wymuszony etatyzm, jedyną postacią jakkolwiek związana z inicjatywą prywatną jest Głowa.  

Od strony tematyki raczej tak. Wprawdzie postapokalipsa to osobny podgatunek, ale od typowego postapo książka dosyć  jednak odstaje. Z charakterystycznych dla cyberpunku tematów jest tu poruszona kwestia człowieczeństwa sztucznej inteligencji, polepszania człowieka metodami technicznymi i mierzenia się z niekiedy niemożliwymi do przewidzenia efektami działania wysokich technologii.  

Książkę warto przeczytać dla samego opisu Kennedy Polis i tła akcji w ogóle. Intryga i postaci są znacznie gorsze, nie na tyle jednak złe, żeby książkę odradzać – po porostu aż szkoda że nie są choć odrobinę lepsze. Nieprzyjemne w Zmęczeniu materiału jest to, że większość najfajniejszych wątków występuje głównie na początku, zaś wszystkie braki powieści nasilają się w miarę czytania. W ten sposób czytelnik jest na koniec dość rozczarowany, bo to co mu się początkowo podobało, okazuje się niczym szczególnym. Nic szczególnego to najlepsza recenzja Zmęczenia materiału, niestety.

Książka otrzymała nagrodę Aurealis w kategorii powieść science fiction w roku 1996. Aurealis to nagroda przyznawana wyłącznie pisarzom australijskim i często otrzymywały ją książki naprawdę dobre (Stan wyczerpania i Teranzeja Egana na przykład). Trudno mi zrozumieć jak powieść Williamsa mogła osiągnąć takie wyróżnienie – być może był to słaby rok.

 

 

P.S.

Osobnym zagadnieniem, które przy czytaniu fantastyki naukowej często mam okazje rozważać, jest wygoda konwencji postapokaliptycznej. Skoro nie widzimy z naszej teraźniejszości wygodnych ścieżek, którymi możemy doprowadzić czytelnika od sytuacji bieżącej do naszych założeń powieściowych, musimy posłużyć się jakąś sztuczką. Koniec świata, taki czy inny jest tu bardzo wygodny. Zmiótłszy cywilizacje w jej obecnym kształcie pod lada jakim pretekstem, autor może na jej miejsce zbudować co chce i wypaść przekonująco. Ilekroć trafiam na jakąś postapokalipse (nie mylić z apokalipsą w toku do jakiej zaliczam większość rzeczy związanych z zombie), zadaje sobie pytanie czy naprawdę tej historii bez apokalipsy nie dałoby się opowiedzieć. Pytanie w istocie postulowane przez Lema odnośnie całej fantastyki. Kiedy sztafaż postapokaliptyczny nie jest niezbędny, jest po prostu wygodnictwem autora, dowodem słabości jego pomysłu, skoro nie umiał wykazać że proponowana wizja społeczeństwa, świata czy techniki jest osiągalna z naszego tu-i-teraz. Takie książki jak Listonosz Brina, Kantyczka dla Leibowitza Millera, Cieplarnia i Non stop Aldissa czy nawet Jestem legendą Mathesona to przykład literatury, gdzie postapokalipsa jest niezbędna i kluczowa. Zresztą są to książki bardzo dobre. Natomiast to, co daje nam Sean Willimas, czy chociażby Marianne de Pierres w swoim cyklu Czarny kodeks, to postapokalipsa jako przyznanie się do słabości swojej wizji. I są to książki co najwyżej średnie.



15:28, mateusz_szary_skoczylas
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 maja 2015

 Autor: Frederique Molay

 

 Wydawnictwo: Muza

 

 Tłumaczyła: Grażyna Majcher

 

 Wydana w Polsce w roku: 2010

 

 Oryginalne wydanie: 2008

 

 

 

 

 Frederique Molay to podobno wzięta i nagradzana francuska autorka kryminałów. Gdyby sądzić jakość jej prozy wyłącznie po tej jedynej książce przełożonej na polski, to jest to niezrozumiałe. Na nagrody ta cienka, zarówno w sensie ilości kartek jak i treści na nich zawartej, książeczka nie miałaby szans nawet zestawiona z fabularyzowaną książką telefoniczną. O “wzięciu” autorki nie ma co pisać, może tyle jedynie, że w trakcie lektury często życzyłem jej, żeby ją diabli wzięli z jej pisaniem.


A niby miało być ciekawie.- niedawno rozwiedziony wykładowca prawa z Harvardu w grze sieciowej przypominającej Second Life rozjeżdża samochodem kobietę. Po wylogowaniu okazuję się że w realu inna kobieta została znaleziona martwa, przejechana samochodem sporo wcześniej  i podrzucona na ulicę niedaleko - siurprajz siurprajz - jest to właścicielka postaci załatwionej przez bohatera. Mamy więc nienowy motyw przenikania się świata iluzji ze światem rzeczywistym. Dla Natana, w wirtualu zwanego Natem, koszmar dopiero się rozpoczyna, bo w obu światach zaczyna dostawać wiadomości od mordercy, co gorsza dające do zrozumienia, że cała sprawa jest wyszukaną formą zemsty na nim. Proszę mi tu nie buczeć, że było, że sztampa i kicz. Nie ja tą książkę pisałem. Pomysł na mordercę wysyłającego listy jest przynajmniej tak stary jak sprawa Kuby Rozpruwacza. Pomysł na psychola mszczącego się w ten sposób na bohaterze niewiele młodszy. Rozwiązanie godne Alex Kavy i jej nieznoścnie długich thrillerów do czytania na wakacjach. Ale nawet pomimo kompletnej wtórności pomysłu takie fabuły daje się prowadzić ciekawie i zapewne można napisać w ten sposób wartościową powieść.


Muszą do tego zostać spełnione przynajmniej dwa kluczowe wymagania stawiane kryminałom. W kryminale, według rozważań niżej podpisanego, nie chodzi wcale o prawdopodobieństwo ani psychologie postaci. Gdyby pierwsze było niezbędne nadludzki Sherlock Holmes i jego bezbłędne dedukcje nie stanowiły by wzorca tego gatunku. Gdyby znowu chodziło o drugie, Hammet z Chandlerem robiliby za pośmiewisko. W kryminale kluczowe jest logiczne wynikanie zdarzeń jedno z drugiego. Jak już nam autor powie na końcu kto zabił, musi wszystko wskoczyć na swoje miejsce - czytelnik musi spojrzeć na fakty odkryte w czasie lektury ostatni raz i powiedzieć “aha, no pasuje! że ja o tym nie pomyślałem”. Jest jeszcze coś - nie było to szczególnie istotne w czasach Holmesa i panny Marple, ale we współczesnej powieści kryminalnej jest absolutnie kluczowe - autor musi przekonująco opisywać dochodzenie. Niekoniecznie tak, jakby naprawdę wyglądało, uproszczenia są jak najbarsziej dopuszczalne - ale musi rozumieć podstawy (kto to jest technik kryminalistyczny, jak zabezpiecza się miejsce zbrodni, jak działa broń palna, ile trwa haj po kokainie itp.).


Molay sprzeniewierza się obu wymienionym przeze mnie prawidłom.


Nic tu nie ma do domyślania się - można się przez eliminacje dojść kto za tym wszystkim stoi jeszcze przed końcem, ale nie wynika to z danych pozyskiwanych z lektury - wynika to wyłącznie z faktu, że tego typu ramoty walają się na łóżkach polowych z których sprzedaję się książki po przysłowiowe “pińdziesiąt groszy”, przez całe lata wylewały się z tv i każdy takich historii słyszał już kilka. Wdzięku w tym tyle, co w rymach częstochowskich.


Od strony, powiedzmy, faktograficznej jest jeszcze gorzej. Chwilowa eksplozja zainteresowania Second Life’m jako “ostateczną grą sieciową”, która dało sie zaobserwować gdzieś w okolicach 2007 roku sprawiła, że każdy wyrobił sobie zdanie. Posiadać zdanie nie jest bezpiecznie. Po chwili człowiekowi zaczyna się wydawać, że skoro ma ugruntowaną opinię, popartą ni edaj Boże jakimiś wypowiedziami gazetowych, radiowych czy telewizyjnych komentatorów, to znaczy że rozumie. Tak oczywiście nie jest. W obszarze prawd “społecznych”, zwłaszcza przy okazji tematów kontrowersyjnych, takie skrzywienie jest właściwie nagminne. Na podstawie artykuły czy audycji a propos zjawiska w specjalności odległej od naszej, mońna mieć co najwyżej przeczucie. Opinia w takim ujęciu to tylko przeczucie cierpiące na manie wielkości. Uf, nie wchodźmy głębiej w teorię poznania, i tak już jadę po bandzie z nadużywaniem waszej odporności na rozważania ogólne.


To co usiłuje powiedzieć w kontekście naszej książki sprowadza się do tego, że Molay nie zna tematu, o którym pisze. Zna  hasłowo informatyczne mechanizmy działania internetu i rozumie jak się gra w gry sieciowe. Nie rozumie za to, kto w nie gra, po co w nie gra i ile mu to zajmuje czasu. Co gorsza, nie rozumie jak na swoje granie patrzy taki gracz - nie wie jak sobie gracze tłumaczą zainteresowanie fikcyjnymi światami. Gdyby to była powieść s/f to można by wykreować świat przedstawiony, gdzie taki sposób patrzenia na świat XI Muzy byłby uprawniony - ale Molay piszę technothriller - czyli książkę właściwie współczesną.


Motywacja postaci, ich stosunek do świata przedstawionego, praktycznie nie istnieją. Czemu Nat w ogóle przejął się ma początku, że w wirtualu rozjechał kobietę? Gdybym opłakiwał każdego grunta czy impa, którego w Doomie rozwaliłem ze śrutówki oczka wypłakałbym już przed 1 komunią. Dlaczego Nat miałby być inny? W wirtualu istnieje całe zasymulowane społeczeństwo, z postaciami graczy obsadzającymi stanowiska policjantów, pracowników sklepów itp. Ale z książki wynika, że większość z nich robi to hobbystycznie albo za walute gry - a gra jest czasie rzeczywistym lub przynajmniej zblizona do niego - jak miałaby wyglądać ekonomika pracy takiego wirtualnego świata? Skąd ludzie mieli by mieć czas, żeby się tak bardzo zaangażować w gre? Dlaczego w rzeczywistości przypominającej jota w jotę naszą poczciwą rzeczywistość, gra typu Second Life miałaby działać znacząco inaczej od naszego Second Life? Wszystko to nie trzyma się kupy.


Osobiste rozterki bohatera w relacjach z byłą żoną i z córką, jak również losy bohaterów pobocznych, to odległe tło. Istotnych postaci są jeszcze trzy - oryginalne jak wszystko w tej książce - stary doświadczony policjant z wydziału zabójstw, młody niedoświadczony policjant aspirujący do wydziału zabójstw i dziewczyna będąca policjantką w grze, której ojciec był policjantem i zginął na służbie. Taaaaa…. na 156 stronach książki poznamy aż za dużo ludzi, ale żaden nie jest dobrze przedstawiony. Działa to tylko o tyle, że postaci to typowa populacja policyjnego thrillera/kryminału, więc czytelnik wszystko już o nich wie od pierwszego zdania.


Mamy więc autorkę która napisała sztampową, nieprzekonującą historię, dotyczącą tematów na których się nie zna i obsadzając ją postaciami takimi jak wszędzie. Czy może być gorzej? Nie tylko może - jest. Trzymajcie się uchwytów bo zdradzę wam sekret - wiem po co Molay napisała tą książkę! Napisała ją, żeby zapoznać czytelnika ze swoją opinią (pamietamy co wyżej powiedzieliśmy sobie o opinieach?) a propos tryumfalnego pochodu wirtualności w ponowoczesnym świecie. Z tego wynika, że postaci w dialogach nachalnie tłumaczą sobie nawzajem to co powinny już wiedzieć - że w internecie mężczyźni udają kobiety i vice versa, że młodzi ludzie coraz gorzej radzą sobie ze znajomościami w realu, że jak ktoś przesadnie się zaangażuje to zaniedbuje swoje prawdziwe życie itp. Całe to gadanie ma czytelnika naprowadzić na wnioski - zgaduję, że w zamyśle zgodne z przemyśleniami pani Molay. I jakby książki było mało, już po zakończeniu całej akcji, dostajemy jeszcze klamrę fabularną, posłowie, w którym poprawny wniosek jest wypowiedziany wprost, na wypadek gdyby czytelnik nie zrozumiem co autorka miała na myśli. Wniosek jest tej samej jakości co i reszta książki, odkryjcie go sobie sami.


Jest to więc literatura misyjna, ostrzegawcza. Mówi nam “opamiętajcie się w porę, bo takie są efekty tych waszych głupich zabaw”. Między przesłankami a wnioskami nie zachodzi tu żaden związek, więc proponuje potraktować autorkę jak każdego nieproszonego misjonarza - pogonić precz. Jedyne co mnie zaskoczyło w tej powieści to że ktoś ją w ogóle wydał, no i może jeszcze, że 145 stron może się tak dłużyć.


Dno i metr mułu, sprzedają to w Matrasie za 4 pln - nie dajcie sobie wcisnąć.



22:25, mateusz_szary_skoczylas
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 maja 2015


Długo nie pisałem – takie życie niestety. Parę osób się nawet do mnie odezwało w sprawie bloga i czy zamierzam dalej go ciągnąć. Tak zamierzam, ale co do częstotliwości wpisów nie będę składał żadnych obietnic. Do niedawna myślałem, że jak ma się dwoje dzieci, to zajmują one mniej więcej dwa razy tyle czasu co jedno. Jakże się myliłem! Zajmują właściwie cały czas. Na co nie mam wcale ochoty narzekać.


Być może mógłbym napisać coś nieco wcześniej, ale właściwie nie czytałem nic, co by się mogło kwalifikować. Jakoś tak się złożyło, że od początku roku miotało mną po zupełnie innych obszarach literatury (wziąłem dłuższy urlop od fikcji i skupiłem się na książkach historycznych, naukowych i reportażach). Ostatnio jednak zachęcony reklamą ujrzaną w metrze sięgnąłem po coś, co i was może zainteresować
Glukhovsky to na pewno utalentowany pisarz. Masa ludzi go lubi, jest egzotyczny dla zachodu, dla nas pewnie też (sądząc po tym jak niewiele rosyjskojęzycznej literatury się u nas tłumaczy). Swoimi książkami z uniwersum Metro rozbił bank, doczekał sie tłumaczeń na wiele języków, kilku egranizacji i jeśli za parę lat HBO nie zrobi z tego serialu, to nie nazywam się tak jak się nazywam. A przeciez tak się właśnie nazywam do jasnej cholery, więc pewnie zrobi. Tak myślę. Nie chciałbym u progu wieku średniego zmieniać sobie personaliów. Co-to-to-nie.


Podsumowując: Glukhovski pisze, ludzie go czytają. Nie powiem, żebym był antyfanem uniwersum Metro, chociaż trudno mnie nazwać przesadnym zwolennikiem. Nie czytałem wszystkich książek z tej serii, czytałem te które napisał sam Glukhovski, zapewne nie będę do nich wracał. Bezpretensjonalne, fajnie napisane postapokaliptyczne czytadła. Mają pewien urok ze względu na rosyjskie klimaty, do gatunku jako takiego wiele nie wniosły. Albo inaczej – po przeczytaniu Non Stop Aldissa, mało które zdziczałe korytarze robią jeszcze na człowieku wrażenie. Tylko dziś już mało kto pamięta Aldissa, a każdy współczesny autor wygląda lepiej, kiedy go nachalnie nie zestawić z wielkimi poprzednikami.

 

 

  Autor: Dmitry Glukhovsky

  Wydawnictwo: Insignis.

  Tłumaczył: Paweł Podmiotko

  Wydano w Polsce w roku: 2015

  Oryginalne wydanie: 2014

 

 

 

  Po Futu.re sięgnąłem po zobaczeniu billbordu reklamowego. Fenomen reklamowania w ten sposób fantastyki budzi we mnie niepokój, ale trzeba iść z duchem czasu. Ilustracja na billboardzie, identyczna z okładką, jest zresztą rzeczywiście bardzo dobra i  przykuwa uwagę. Książkę pozyskałem, przeczytałem i recenzuję.


Nie jest to cyberpunk, jest to raczej dystopia rozliczająca się z transhumanizmem i jego marzeniami. Nieźle się jednak wpisuje w hasło Hi Tech – Lo Life, myślę więc że zarobiła na recenzje na łamach ZC (tak jakby recenzja na łamach ZC była jakimś wyróżnieniem, ale mniejsza z tym).
Bohaterem powieści i zarazem narratorem jest Jan. Jan jest jednym z Nieśmiertelnych, para-policyjnej formacji zajmującej się walką z przeludnieniem i to u samego źródła, czyli gdzieś na poziomie ujścia kanału rodnego. W Europie przyszłości wyeliminowano bowiem śmierć i choroby. Można oczywiście zginąć śmiercią nagłą, ale nie można już śmiertelnie zachorować, ani nawet zestarzeć się. Serum wiecznego życia jest specjalny wirus, stale dostępny w wodzie z kranu. Spełnienie tego największego marzenia ludzkości pociąga za sobą pewne niedogodności – przede wszystkim przeludnienie. No bo wieczne życie, czy też ekstremalna długowieczność, demolują natychmiast wszelkie oparte o zastępowalność pokoleń założenia demograficzne. Władze kontynentu podjęły więc decyzje o znacznym utrudnieniu ludności posiadania potomstwa. Jeżeli ktoś się uprze i chce mieć dzieci, musi zgłosić się na zastrzyk wyłączający go z pod opieki wirusa nieśmiertelności. Mało tego, nie oznacza to wcale, że dożyje ile mu było pisane! Antidotum zabija w jakieś 10 lat – bez większego związku z kondycją, wiekiem i późniejszym prowadzeniem się delikwenta. Nad przestrzeganiem obowiązku zgłaszania dzieci czuwają właśnie Nieśmiertelni – coś pomiędzy tajną policją, a szwadronami śmierci. Kiedy trafią na ślad ukrywanych dzieci nie tylko nastrzykną starością osoby odpowiedzialne – także zabiorą pociechy na zawsze do wychowania w placówce państwowej. Po takim wychowaniu młodzi ludzie dołączają do szeregów Nieśmiertelnych. Jan i jego towarzysze broni są więc janczarami.


Działalność nieśmiertelnych nie zapewnia im powszechnego uwielbienia, z drugiej strony społeczeństwo nie kwestionuje zasadniczo ich misji. Przeludnienie jest realnym problemem, ludzie życją na kontynencie gęsto zastawionym kilkusetpiętrowymi budynkami, gnieżdżąc się w klitkach 2x2 metry, bez okien. Władze więc nie tylko zmusza ewentualnych rodziców do dramatycznego wyboru, ale także agresywnie zniechęca do posiadania dzieci metodami propagandowymi.


W takich to ciemnych, brudnych i w sumie smutnych warunkach poznajemy Jana. Nie jest on nikim specjalnym wsród Nieśmiertelnych – zastępcą dowódcy dziesiątki (operują w 10 osobowych zespołach). Już w pierwszych rozdziałach towarzyszymy mu w czasie uwieńczonej sukcesem akcji, co w założeniu ma czytelnika wprowadzić w stan moralnego dyskomfortu – z jednej strony rozumowo można się zgodzić, że przy tak katastrofalnym przeludnieniu i braku surowców zwalczanie dziecioróbstwa może być jedynym wyjściem, z drugiej dziecko w naszej cywilizacji ma jednak zupełnie specjalny status. Za miarę zbydlęcenia wszelkich masakr w stylu Rzezi Wołyńskiej, Masakry Nankinu czy Rwandy podaję się właśnie los dzieci. I oto zawodowy krzywdziciel dzieci jest tym, z kim się mamy utożsamiać. Można by się oszukiwać, co do losu małych jeńców Jana i jemu podobnych, gdyby nie co chwila pojawiające sie retrospekcję z czasów pobytu w internacie, którymi główny bohater nas raczy. Jest tam wszystko czego można by się spodziewać, wręcz do znudzenia. Przemoc wychowawców, łamanie charakterów, wydanie słabszych na żer samowolnych przywódców grupy rówieśniczej, gwałty, wojskowa dyscyplina i pranie mózgów.


Jan dostaje prywatne wezwanie od jednego z wysoko postawionych urzędników Partii Nieśmiertelności – hegemonicznej struktury politycznej, która rządzi fasadową demokracją Europy. Szycha składa mu propozycje – nie do odrzucenia – wzięcia udziału w specjalnej akcji ujęcia przywódcy quasi terrorystycznej Parti Życia – nielegalnej organizacji zwalczającej ograniczenia prokreacji. Sama scena zatrudniania Jana do tego zadania jest właściwie utrzymana w stylu chandlerowskim, co razi strasznie w realiach bądź co bądź państwa policyjnego. Szeregowy siepacz się tak w domu swojego nad-nad-nad szefa nie zachowuje. Ale o tym później.


Jan przyjmuje zlecenie, potem nie bardzo umie się z niego wywiązać, okazuje trochę łaski, trochę daję wywieźć się w pole, zaczyna okłamywać swojego mocodawcę, wreszcie ucieka z kobietą. Zdradzam tu trochę fabuły, ale takie rozwinięcie jest zupełnie oczywiste. W rezultacie Jan przestaje być zwolennikiem systemu na którego straży stoi. Nietypowo jednak, nie staję się z tego powodu stronnikiem rebeliantów, których wodza uważa za mitomana i szaleńca, a o ich celach, że są co najmniej nieodpowiedzialne. Tropiony zarówno przez system jak i zbrojną opozycję ucieka do miasta bezprawia, Barcelony. Barcelona to brama – pierwotnie przez nią kanalizowany był cały ruch imigracyjny do Europy. W czasach Jana po prostu jest miastem wyrzutków. Superpaństwo imigrantów już i tak nie przyjmuje, ale dla rzesz kolorowych (głównie) ludzi usiłujących się dostać do świata nieśmiertelnych Barcelona jest miejscem gdzie szanse wyglądają na najmniej fatalne.


Barse jednak opuszcza, kiedy nieodpowiedzalni opozycjoniści wywołują zamieszki. Mniejsza o szczegóły, bo tego akurat można się nie domyślić, a jest to fenomen w tej skądinąd dość przewidywalnej książce, nie będę więc wam zabierał przyjemności.
W telegraficznym skrócie –SPOILERS AHEAD – Jan zostaje ojcem.


Zdradzam nie wiem czy nie za dużo, ale wydaję mi się, że jak w takiej książce bohater ściga za dzieci, to oczywiste jest, że sam będzie je za chwile miał.


Kończymy ze streszczaniem, zaczynamy z oceną. Glukhovski dokonuje szeregu bardzo wygodnych skrótów perspektywy, żeby uprawdopodobnić swoja książkę. Ponieważ Jan jest bądź co bądź na państwowym żołdzie i nie ma żadnych przyjaciół, nie dowiadujemy się prawie wcale, jak wygląda życie zwykłego obywatela. A jest się nad czym zastanawiać, bo pierwszym elementem państwowego krajobrazu, który pod wpływem nieśmiertelności szlag by trafił jest rynek pracy. Przyrost doświadczenia kadry i związany z tym wzrost wymagań musiałby przecież praktycznie wykluczyć z rynku pracy młodszych, imigrantów i całą rzeszę zwykłych obywateli. Brakuje tu też jakiegokolwiek sensownego opisu systemu rządów – wiemy, że Partia Nieśmiertelności nie jest jedyną siłą na politycznym rynku i nie zawsze dzierżyła władzę, ale nic ponad to. Religia gorzej niż nie istnieje – poajwia sie w książce miejscami, ale w większym obrazku nie występuje (fantastyka naukowa z nielicznymi wyjątkami, nawet kiedy zajmuje się bogiem czy Bogiem, instytucjonalnej religijności z reguły nie docenia). O porządku prawnym Europejskiego superpaństwa wiemy tyle co nic, bo wszystkie nasze informacje dotyczą spraw związanych z rozrodem. A ciekawe, jak zdaniem Glukhovskiego miałoby być traktowane na przykład zabójstwo, defraudowanie zasobów, czarny rynek itp. Fabuła prowadzona jest tak, że czytelnik nie ma powodu rozważać nic, czego nie rozważa Jan – wymienione przeze mnie braki niespecjalnie przeszkadzają przy lekturze, ale powinny pojawić się tuż po niej.


Postaci prowadzone są nieźle, a to co brałem za psychologicznie dziwactwa znajduje w większości swoje uzasadnienie w ostatnich rozdziałach. Jan wzbudza w nas na przemian niechęć i współczucie i nietypowo taka oscylacja trwa na dobrą sprawę przez całą książkę. Zazwyczaj od pewnego momentu czytelnik jest już ustawiony, żeby bohatera w końcu polubić i zżyć się z nim – w Futu.re przypływy sprzecznych uczuć towarzyszą nam do samego końca. To jest niewątpliwie sukces. Nie piszę o postaciach innych niż nasz janczar-narrator, bo w nich tak naprawde kryję się to, co w fabule oryginalne. To właśnie osobiste historie pobocznych bohaterów niosą suspens i zaskoczenia, podczas gdy główna oś fabularna jest przez 60 % książki doskonale przewidywalna. Większość postaci wymyślona jest bardzo dobrze. W książce nie ma właściwie jasnego podziału na dobrych i złych, co się zdarza, nie ma jednak także jasnego podziału na sprzyjających bohaterowi i wrogich (z jednym wyjątkiem).


Nastrój książki jest odpowiedni, ponury, niesympatyczny i pozbawiający nadziei. Nie tego spodziewalibyście się po utopii transhumanizmu. Powieść opatrzona jest też ilustracjami, które jakkolwiek miejscami są sprzeczne z tym co napisane jest w książce, pozwalają nam wczuć się w klimat.
To co nam jeszcze pozostało to kwestii światopoglądowe. Pisałem w tym samym wpisie o swoich dzieciach i braku czasu na blogowanie w związku koniecznością wychowywania ich. Kiedy więc ktoś pisze o dojrzewaniu do ojcostwa, sensie posiadania potomstwa, zostawianiu takiego czy innego świata dla swoich dzieci itp. to jest to coś, co ja rozumiem. I pomijając już czy mi się książka bardziej czy mniej podoba, to ja w kwestii wniosków które autor przez narratora przedkłada czytelnikowi zupełnie się zgadzam. Śmiertelność jest fundamentem nie tylko naszej cywilizacji, ale jakiejkolwiek cywilizacji którą gdziekolwiek na Ziemi możemy obserwować. I żadna z takich cywilizacji nie przetrzyma wyrzucenia śmierci poza nawias. Taki dar byłby szkodliwy dla wszystkich obszarów które cenimy. Jedynym obszarem który by zyskał, jest osobista konsumpcja. Nie widzę w tym sensu. Gdybyśmy pisali o nieśmiertelności jako wiecznym życiu-po-życiu – na modłe oferowaną przez religie, to zupełnie inna historia. Gdyby nieśmiertelnych lokować gdzie indziej – w sieci, w niebie, w cyberkatakumbach, jako niewidzialne duchy – to to mogłoby jakoś działać. Ale wizja świata z Futu.re nie może działać i autor dokładnie pokazuje jak to martwe społeczeństwo czepia się życia. I tym, muszę przyznać, mi zaimponował.

Przejdziemy jeszcze przez braki i zapożyczenia. Jedne są ważne, żeby książkę ocenić, drugie, żeby zobaczyć jak wygląda na tle podobnych.
Nie do końca prawdopodobna konstrukcja świata nie jest dużym brakiem w tej książce. To nie jest fantastyka ostrzegawcza, wbrew oczywistej intuicji żeby jako dystopię do takiej ją zaliczyć. To raczej poligon etyczny – czytelnik więcej się z lektury dowie o swoim spojrzeniu na sens życia niż perspektywie jaką na te sprawy będzie mieć wiecznie młode społeczeństwo. Największym brakiem, i pisze to z żalem, jest dramaturgia. Rozwój intrygi od początku jest tu bowiem zakładnikiem w stosunkach czytelnik-bohater/narrator. Żeby Jan mógł przekonująco się miotać miedzy zgodą na status quo a potrzebą buntu, przy każdej bolesnej lekcji musi mieć pretekst, żeby zapoznać czytelnika z przemyśleniami. Co rusz to rozpędzająca się fabuła grzęźnie w melasie zadumy. Mało tego, zwrotów akcji jest tu sporo – w rezultacie w 2/3 książki wszystko wygląda już na właściwie wyjaśnione a ilość storn do końca zaczyna budzić niepokój, kiedy kolejny etap zaczyna się leniwym wstępem. Taka konstrukacja fabuły, jeszcze dodatkowo poprzetykanej regularnie retrospekcjami, jest trudna do konsekwentnego prowadzenia. Zazwyczaj umieszcza się wtedy opowieść w opowieści, żeby w ogóle jakoś to posegmentować. Tutaj dostajemy to podane bardzo liniowo, więc zmienne tempo niestety widać szczególnie wyraźnie. Myślę, że przy całym moim szacunku do Glukhovskiego jako rzemieślnika, zabrakło mu tu trochę umiejętności pisarskich. Nie odbiera nam to całej przyjemności z lektury, ale wyklucza przeczytanie książki po prostu. Pomimo ciekawych wydarzeń i mnóstwa napięcie przez Futu.re miejscami się brnie. Były z tego ambarasu dwa wyjścia – zrobić zbiór opowiadań zamiast powieści lub znacznie ją skrócić – zrezygnować z niektórych scen.


Przejdźmy do zapożyczeń. Widzę w tej książce wiele z Matropolis Langa. I nie chodzi tylko kwestię miasta molocha i wątku rewolucji jako podszeptu diabła. Jest bardzo podobna scena w obu tych dziełach – W Metropolis Freder na najniższym poziomie miasta trafia do kościoła, gdzie halucynuje patrząc na figurę śmierci otoczoną przedstawicielami wszelkich klas społecznych w alegorycznym memento morii. Podobne wizje ma Jan oglądając zapomniany zegar w starej Niemieckiej katedrze na najniższym poziomie swego miasta. To może być zupełnie przypadkowe ale bardzo wątpię. Jest to bardzo fajne nawiązanie, w żadnym razie nie przynosi autorowi wstydu, a Glukhovski swoją droga jest człowiekiem sądząc z wywiadów bardzo biegle władającym językiem kultury.


Motyw buntowników i opozycjonistów, oraz bronionych przez nich imigrantów będących w sumie zupełnie paskudną czeredą roszczeniowców, kretynów, cwaniaków i ludzi autentycznie groźnych przywodzi mi na myśl Dystrykt 12 – tam również bohater jest funkcjonariuszem dość niesympatycznego reżimu, staje się elementem zjawiska która ma zwalczać i niby czytelnik już by klaskał w rączki nad potępieniem rasizmu, gdyby nie to, że owadokształtni kosmici to naprawdę odrażająca, brudna zgraja ofiar losu i jakby nie byli źle traktowani, trudno im współczuć.
Nawiązanie do antyku snuje się przez całą książkę – Nieśmiertelni noszą maki Apolla, ceremoniał partyjny przewiduje noszenia chitonów – ku mojemu ogromnemu zdziwieniu dla świata powieści nic z tego nie wynika. Taką dekoracje wybrano chyba tylko ze względów artystycznych.


Ocena... Cieszę się, jak rzadko kiedy, że nie daję żadnych gwiazdek. Bo zupełnie bym nie wiedział co z tym zrobić. Sa kawałki na 5, są takie na 2. A całość? Zależy. To jest książka w dwójnasób dla dorosłych. Raz że jest tu kilka naprawdę paskudnych scen, dwa, że cały przekaż tej książki dotyczy spraw nad którymi dopiero dorośli się zastanawiają na poważnie. Cały wątek związany z rodzicielstwem, z pragnieniem sukcesu, z poczuciem odpowiedzialności społecznej – tu nie ma  łatwych odpowiedzi i dla kogoś kto się nad tymi problemami wcześniej nie zastanawiał książka może być zwyczajnie miejscami nie do strawienia. Jako czytadło nie działa w ogóle. No ale to akurat nie do końca jest zarzut.


Technicznie jest ładnie, ale bez sensu. Książka jest bardzo gruba, sposób zrobienia grzbietu, włącznie z kilkoma wstawkami z błyszczącym papierem i obrazkami wręcz z półki zapowiada, że się rozsypię wkrótce. Przy takiej grubości powinna być twarda okładką. Cena by wzrosła, ale i tak nie jest niska. Tłumaczenie chyba dobre – po polsku to brzmi. Mój rosyjski jest rudymentarny więc nie będę się błaźnił porównując z oryginałem. Okładka bardzo fajna.


Tyle w temacie.

23:18, mateusz_szary_skoczylas
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 grudnia 2014

Tytuł oryginalny: Strange Days

Tytuł Polski: Dziwne dni

Kraj produkcji: USA

Rok premiery: 1995

Wydawca: 20th Century Fox

Reżyseria: Kathryn Bigelow

Scenariusz: James Cameron & Jay Cocks

 

Najdłuższy okres ciszy od założenia niniejszego przybytku za nami. Byłem cicho, bo miałem, krótko mówiąc, pilniejsze rzeczy do roboty. Ale nie zrezygnowałem i oto wracam. Przy okazji pochwalę się, że niedawno po raz drugi zostałem tatą, co zapewne trochę tłumaczy mój brak aktywności od wakacji.

Do rzeczy, bo przecież nie będę was zanudzał opisami pieluch, werandowania i pierwszych spacerów.

Pod koniec całkiem szalonego roku szukałem jakiegoś szczególnego tematu, a w ostatni dzień roku po prostu nie ma lepszego niż film Dziwne dni.

Po takiej długiej przerwie warto zacząć z mocą, więc na warsztat trafia dziś film, do którego stosunek mam wręcz nabożny. Jeśli ktoś mnie pyta o najlepszy cyberpunkowy film zazwyczaj wymieniam właśnie ten. Nie ma tu odjechanej strony wizualnej a’la Blade Runner, nie ma tu kwestionowania natury rzeczywistości w stylu Matrix czy 13 Piętro. Jest za to trochę tego, czym charakteryzował się Neuromancer czy Kiedy Zawodzi Grawitacja - nizin społecznych i rozważania wpływu technologii na społeczeństwo. Ze znanych mi filmów ten jest też poniekąd najbardziej cyberpunkowy jeśli chodzi o bohaterów i konstrukcje fabuły.

Kathryn Bigelow to dopiero od niedawna szeroko rozpoznawana reżyserka. Po pełnej torbie Oskarów, którą The Hurt Locker zdobyło 2008 (faktycznie wybitny film) zrobiło się o niej głośno. Ze względu na moje zainteresowanie tematyką okrętów podwodnych polecam wam też jej K19 Widowmaker z 2002. Ale tematem naszych dzisiejszych rozmyślań będzie film dużo starszy bo z roku 1995. 

Dziwne Dni, dziedziczące swój tytuł od piosenki The Doors z 1967 r., są niezwykle misternie nakręconym thrillerem, dziejącym się w ciągu trzech ostatnich dni .99 roku w LA. Fabuła ogniskuje się na poszukiwaniu okrutnego mordercy w mieście stojącym na krawędzi zamieszek. Można powiedzieć że ogólne zręby konstrukcji nie należą do specjalnie oryginalnych, ale jest to prawda tylko pozornie.

Lenny Nero (Ralph Fiennes) jest życiowym przegrańcem. Pracował kiedyś w policji, ale wyleciał i obecnie wiąże koniec z końcem handlując kasetami do squida. O samym urządzeniu szerzej za chwile, na razie wystarczy powiedzieć, że teoretycznie jest nielegalne, ale niezbyt gorliwie tępione przez policje. Lenny miał kiedyś dziewczynę, ale ta porzuciła go, upatrując szanse dla swojej rozpoczynającej się kariery piosenkarki w związku z wpływowym producentem. Nasz bohater nie ma zbyt wielu przyjaciół, a z tymi których ma nie obchodzi się najlepiej. Utrzymuje szerokie kontakty w kręgach społecznych nizin, swój śliski urok osobisty zużywając na bajerowanie dostawców, kupców i aktorów swoich taśm.

Squid to rejestator/odtwarzacz przeżyć. Wynaleziony pierwotnie przez służby specjalne do użycia jako podsłuch trafia na ulice, stając się narkotykiem przyszłości. Nagrane squidem przeżycia można potem komuś puścić, żeby poczuł i zobaczył to, co nagrywający. Może to być przyjemny sposób na przypomnienie sobie nastroju gwiazdki czy własnego ślubu, dominują jednak taśmy z seksem, przemocą i mocnymi wrażeniami. Skąd my to znamy… Bigelow zresztą pozwala widzom od razu zrozumieć o co chodzi, bo film zaczyna się właśnie taką nagraną sceną napadu na sklep, oglądaną z perspektywy bandyty.

Los Angeles w grudniu roku 1999 to miasto na krawędzi zamieszek. Z jednej strony władze i obywatele przygotowują się do wielkich obchodów początku nowego millenium, z drugiej murzyni zasiedlających getta zbroją się na potęgę i szykują do finalnej rozprawy z policją. Wszędzie pełno uzbrojonych ludzi, opancerzonych radiowozów i powybijanych szyb. Kiedy napięcie między jakimiś niechętnymi sobie grupami osiąga odpowiedni poziom do wybuchu może doprowadzić nawet błahostka. Przysłowiowe jedno słowo za dużo. W Dziwnych dniach jest o tyle gorzej, że nie chodzi o błahostkę; tuż przez zawiązaniem się akcji filmu w okolicznościach przypominających gangsterską egzekucje ginie głos czanej biedoty i jej nieformalny przywódca - raper Jerikko One. To wystarczy żeby cicha wojna stała się wojną pozycyjną. Jeszcze bez płonących dzielnic, ale z ogólną eksplozją przemocy i bezhołowia.

W takich nieprzyjemnych czasach swoimi taśmami handluje Lenny. Nie jest żadnym dużym graczem, sam szuka sobie klientów i dostawców w spelunkach, nocnych klubach i gdzie tylko się da. Lenny jest osobnikiem okropnym. Przymilnym, śliskim, małym draniem. Odpuścił sobie już dawno i niczym się specjalnie nie przejmuje. W wolnym czasie przegląda na squidzie własne nagrania ze szczęśliwszych czasów i pije w knajpach. Ma dużo kontaktów i niewielu przyjaciół. Jednym jest pracująca jako ochroniarz a dorywczo kierująca limuzyną do wynajęcia samotna matka Lornette (Angela Basset), drugim Max (Tom Sizemore), prywatny detektyw i również były policjant. Nero nie bardzo umie o swoje przyjaźnie dbać, umie natomiast z nich korzystać. Jest tak antybohaterski, że przez sporą część filmu aż trudno mu kibicować, co oczywiście zbliża go nieco do Postaci Case’a z Neuromancera, czy, choć w mniejszym stopniu, Marida Audran z Kiedy zawodzi grawitacja.

Z Lennym usiłuje skontaktować się Iris, stara znajoma pewną ponurą tajemnicę. Ponieważ nie udaje jej się z nim porozmawiąć dłużej przez głupi zbieg okoliczności po prostu podrzuca mu squidową taśmę z nagranym morderstwem przez szyberdach samochodu. Gdyby tylko Lenny szybko tę taśme obejrzał... nie byłoby filmu! Niestety, samochód w międzyczasie mu odholował komornik, bo przestał spłacać raty. tego samego wieczoru trafi do niego natomiast koperta z inną taśmą - na której nagrane jest morderstwo Iris.

Ktoś uważa że Lenny czegoś się dowiedział i zaczyna go podpuszczać. Lenny z kolei nie wie zupełnie o co chodzi, ale podpuścić się daje, bo Iris była współlokatorką jego byłej dziewczyny i zdążyła go ostrzec, że ta w całą kabałę też jest zamieszana. W rezultacie Lenny, Max i i Lornette zaczynają prowadzić śledztwo, szybko odkrywając tajmnice o której woleli by się nigdy nie dowiedzieć. Każde z nich ma inne motywacje. Lornette chce nie dopuścić do wybuchu zamieszek, Lenny uratować byłą dziewczynę, Max sprawdzić się jako przyjaciel.

Tyle o fabule.

Teraz o zmysłach.

Tego filmu się nie ogląda - jego się chłonie. Strona wizualna, scenografia, oświetlenie, praca kamery - majstersztyk! Montaż jest znakomity, dynamiczny i napastliwy ale pozwalający dokładnie się przyjrzeć każdej scenie. Postaci wymyślone są świetnie, świetnie zbudowane i przede wszystkim znakomicie zagrane. Fiennes jako Lenny Nero daje popis kunsztu aktorskiego. Przy całym szacunku do przerażającej kreacji Amona Goetha jaką stworzył w Liście Schindlera uważam, że Nero to jego najlepsza rola. Jego mimika, sposób mówienia, nonszalanckie pozy, nieznośny, niezatapialny uśmiech, skrywane poczucie krzywdy, dyskretnie sygnalizowane obrzydzenie do siebie - wszystko to powoduje, że widz kupuje jego postać, mimo że balansuje ona na granicy przesady. Basset jako Lornette, ciężko pracująca, stąpająca twardo po ziemi murzynka samotnie wychowująca syna, boleśnie pozbawiona złudzeń zarówno do policji jak i mieszkańców murzyńskiego getta jest w sumie dość emocjonalna, ale też przekonująca. Sizemore gra trochę spryciarza, trochę przygłupa - na tle poprzednio wymienionych wypada blado przez większą część filmu, ale pod koniec nadrabia, w miarę jak widz zaczyna rozumieć motywacje jego bohatera. Są też dobrze grani bohaterowie poboczni. Juliette Lewis jako Faith, była dziewczyna Lennego i była prostytutka, obecnie wschodząca gwiazda rocka, ze swoim wulgarnym stylem, agresją, sardonicznie skrzywioną twarzą i nieodłącznym papierosem jest jednocześnie zachęcająca i odstręczająca, dokładnie w takich proporcjach, w jakich być powinna. Michael Wincott gra Philo Gantta, menedżera i obecnego kochanka Faith, postać zresztą zupełnie okropną, ale Wincott zazwyczaj gra bydlaków - jak choćby w Kruku. Tutaj jego łotrowskie talenty nie są aż tak wykorzystywane ale on także jest przede wszystkim przekonujący, bo chociaż rzadko pojawia się w kadrze, to ma mocne sceny i przekonującą motywacje.

Muzyka w filmie pasuje idealnie, w wielu momentach zresztą jest to nie ścieżka dźwiękowa puszczona z offu, tylko to co słyszą bohaterowie. Jest wykorzystywana do budowania nastroju i to bardzo umiejętnie. W filmie jest dość długa scena, w której Faith z zespołem wykonuje Hardly Wait Patti Smith i jest to scena kapitalna w każdym calu, zderzająca obraz wijącej się na scenie Lewis z drewnianą, zrozpaczoną twarzą Lenny’ego Nero, który przygląda się temu z galeryjki nad klubem. Ponieważ Juliette Lewis jest w sumie bardziej piosenkarką niż aktorką (zespół Juliette and the Licks, polecam) i ma głos wręcz stworzony do takiej muzyki, scena jest też znakomitym teledyskiem.

Film stawia kilka niełatwych pytań. O odpowiedzialność za ujawnianie prawdy kiedy może ona prowadzić do nieszczęścia, o przyjaźni i zagubieniu, o miłości wreszcie i może nawet bardziej o egoizmie. Fabuła przez pewien czas prowadzi w dość oczywistą stronę i kiedy oglądałem pierwszym raz zaczęło we mnie kiełkować rozczarowanie, bo jasno widziałem już ogólny zarys akcji aż do napisów końcowych. Potem okazuje się że istotą sprawy było zupełnie co innego i zbierałem szczękę z podłogi. Tak działają na mnie niektóre filmy Nolana i właśnie Dziwne dni.

Wielki finał ma miejsce tuż przed północą 31 grudnia 1999. i widzowie, zwłaszcza ci, którzy nie pamiętają drugiej połowy lat .90, często w necie dają wyraz przekonaniu, że taki bliski widnokrąg czasu jest zupełnie nieprzekonujący. Może się wydawać że użycie takiej właśnie daty dla akcji filmu to prosty ukłon w strone tradycji kina SF gdzie rok 2000 był naturalną barierą przyszłości. Wydawać by się mogło, że kino z .94 roku nie powinno posługiwać się tak bliska datą bo trudno uzasadnić te wszystkie wątki niepokojów społecznych i zamieszek z rzekomo złotymi czasami dostatnich (na zachodzie) lat 90.

Ale tutaj Bigelow (cze bardziej jej już wtedy były mąż, James Cameron, współautor scenariusza i autor pomysłu) czerpała pełnymi garściami z rzeczywistości. W 1992 roku w L.A. miały miejsce największe zamieszki w XX wieku w USA. Po uniewinnieniu kilku policjantów, którzy brutalnie pobili podczas aresztowania czarnego pirata drogowego (ewidentnie winnego) murzyni zaczęli się burzyć. W efekcie 6cio dniowych zamieszek zginęły 53 osoby, 2000 zostało rannych, plądrowano i podpalano sklepy, a sytuacje uspokoiło dopiero wprowadzenie do miasta gwardii narodowej i marines z ciężkim sprzętem. Nakręcająca się spirala niechęci między biedotą (wydaję mi się to istotniejszym wyróżnikiem niż fakt, że chodzi głównie o murzynów) a władzami jak mieliśmy okazje śledzić także niedawno na przykładzie Ferguson, czy wcześniej w Londynie, nie jest niczym niespotykanym. Ale zamieszki w L.A. były szczególne ze względu na swoja skale. Naturalnie więc temat etnicznych i socjalnych napięć w wielkich metropoliach mógł w kontekście filmu SF wydawać się atrakcyjny. Bigelow pokazuje wzrost napięcia nakładając te kwestie na zbliżające sie obchody nowego millenium. To również, mimo całego racjonalizmu zachodniego kręgu cywilizacyjnego był gorący temat. W popkulturze nawet nieco bardziej niż w obiektywnej rzeczywistości, bo popkultura lubi treści, którymi racjonalny umysł raczej się nie afiszuje (vide serial Millenium, Archiwum X, film Dni Ostatnie i wiele, wiele innych)

Sam squid jest wynalazkiem kluczowym dla filmu, bo pozwala zderzyć widza z realnym problemem wirtualność kontra rzeczywistość. To nie jest prosta metafora narkotyku, choć squid również prowadzi do uzależnienia. Tu chodzi raczej o surogat szczęścia i rezygnacje z walki o siebie - po co szukać nowych wspaniałych uniesień, skoro możemy przeżywać te, które już zgromadziliśmy, albo jeszcze lepiej, bezpiecznie cieszyć się cudzymi. W filmie pada zdanie, które doskonale nadawałoby się na jego motto “One man’s mundane and desperate existence is another man’s technicolor”. Bezpieczne cieszenie się cudzymi przygodami to oczywiście święty graal popkultury przynajmniej od czasu napisania eposu o Gilgameszu, ale tu nabiera cech patologicznych przez swój eskapistyczny rys. Lenny jest na przykład kimś kto wybrał ucieczkę we wspomnienia, a o swoje realne życie dba chyba wyłącznie z przyzwyczajenia. Nie zależy mu. Ten wątek, z jednej strony życia cudzymi podnietami, z drugiej ucieczki w swoją złotą epokę przewija się dyskretnie, nie jest akcentowany i to dobrze - to nie jest fantastyka ostrzegawcza, po prostu opisuje kiełkujący problem. Opisuje, chyba celnie, odwrót sytych warst społeczeństwa od obiektywnej rzeczywistości i to chyba celnie jeśli przyjrzymy się triumfowi wirtualności w naszym codziennym świecie, zwłaszcza u tych, którzy mogą sobie na konsumpcje pozwolić.

Chyba uważam Dziwne dni za najlepszy film SF lat .90. Zaskakujące, że w sumie okazał się klapą! Był bardzo drogi w produkcji, zwłaszcza scena wielkiego plenerowego sylwestra z tysiącami statystów, a w kinach wypadł raczej słabo. Krytyka też była podzielona, chociaż na przykład Roger Ebert ocenił film na maksymalne 4 gwiazdki. Poza nagrodą Saturna dla Bigelow i Basset nic nie wskazuje żeby szczególnie go doceniono. Wyróbcie sobie własny pogląd. Ja właśnie skończyłem go oglądać jeszcze raz. 


Warszawa, 23.30, 31.12.2014.

 

PS.

Szczęśliwego Nowego Roku.



23:53, mateusz_szary_skoczylas
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 sierpnia 2014

Wszyscy się starzejemy, razem z nami nasza sztuka i nasze lęki. O lękach za chwile. Sztuka ma to do siebie, że w tym procesie stara się oszukiwać i kreować się na ponadczasowy protokoł komunikacji, kompatybilny do przodu z następnymi pokoleniami homo sapiens. Czasami rzeczywiście się udaje - wszak Piramidy, Teotihuacan, Angkor Wat, czy moja od niedawna ukochana Sagrada Familia dalej robią piorunujące wrażenie. Architektura to jednak dziedzina bądź co bądź użytkowa, więc może działa na innych prawach od reszty sztuk? Gdyby przyjąć takie założenie musimy poszukać potwierdzenie w sztukach zupełnie bezużytecznych - ale o to też nie trudno. Nad obrazami Boscha, rzeźbami Fidiasza, dziwactwami Dalego dalej artystycznie się wzruszamy. Przynajmniej część z nas. Podobnie w królestwie X Muzy nie brakuje przykładów. Jak ktoś nie powstrzymuje tchu na Metropolis czy Gabinecie Doktora Caligari niech teraz wyłączy komputer i nie czyta dalej.


Kiedyś naiwnie myślałem, że siła rażenia w sztukach fabularnych jest stała jeśli chodzi o walor czysto warsztatowy, natomiast odwrotnie proporcjonalna w czasie gdy idzie o płaszczyznę przekazu. Ale to przysłowiowy strzał kulą w płot. Często jest wręcz odwrotnie. Nikt już nie piszę przedstawień teatralnych w których bohaterowie co chwila wygłaszają monologi albo wręcz aparty do publiczności, przy jednoczesnym użyciu dialogów wyłącznie jako wypełnienia. Ale to nie znaczy, że Makbet, Hamlet czy Koriolan przestały na widza działać. Film Obywatel Kane uchodzi (i słusznie!) za jedno z arcydzieł kina, chociaż opisuje człowieka charakterystycznego dla swojej epoki, a jego moralny upadek odbywa się na tle funkcjonowania mediów w stylu, w którym dawno się już mediów nie uprawia. Nie ma więc reguły. Pewne dzieła stają się ponadczasowe, inne nie. Przykłady podawałem do tej pory z podwórka, umownie powiedzmy, “sztuki wysokiej”, ale w popkulturze wygląda to mniej więcej tak samo. Chociaż Dobry, Zły i Brzydki to film z nieprawego łoża, udający amerykańskie western produkt wysiłku włoskiego reżysera kręcącego w Hiszpanii, to jego krwawa poetyka zapewne wciąż nie zestarzeje się, kiedy o legendarnym W samo południe będzie się już dyskutować wyłącznie na wydziale archeologii.


Co bystrzejszy czytelnicy zapewne zauważyli już, że powyższy wstęp zatoczył koło i nie przedstawia żadnej spójnej tezy, poza oczywistym stwierdzeniem, że jednym produktom wysiłków artystycznych się udaję zachować atrakcyjność, innym nie. Co gorsza, jak nieszczęśni czytelnicy się za chwile przekonają, cała ta pisanina ma nader luźny związek z właściwym tematem dzisiejszego wpisu. Z góry przepraszam. Tak już mam. Jeśli ktoś w oburzeniu doszedł do wniosku, że moje recenzje (wole myśleć o nich jako o esejach, ale niech tam) zazwyczaj są tylko pretekstem do napisania wstępu, to bije się w piersi - tak istotnie jest.

Niech mi w tym konkretnym przypadku za usprawiedliwienie posłuży argument, że o właściwym przedmiocie moich dzisiejszych rozważań w sumie nie bardzo jest sens pisać.


Teraz będzie o lękach. Lubimy być przymuszani do krytycznej analizy kierunku w jakim świat zmierza. Gros fantastyki naukowej jest ćwiczeniem z tego przedmiotu. Jaką cenę przyjdzie nam zapłacić za takie-to-a-takie udogodnienie, albo co się załamię kiedy taka-a-taka cecha/tendencja/moda przekroczy punkt krytyczny. Na takiej konstrukcji budowane są liczne thrillery, co bardziej ponure filmy sf, pewna część literackiego cyberpunku i praktycznie cała fantastyka społeczna. To nie jest zarzut. Wiele z tych rzeczy ma sens. Thrillery wydaję mi się że akurat najrzadziej. Zwłaszcza holyłudzkie. Jeśli oglądając bądź czytając zastanawiacie się, czy macie do czynienia bardziej z thrillerem, czy bardziej z SF, to ja mam doskonałą regułę. Jeśli nie ma statków kosmicznych i robotów kroczących i nikt nie ubiera się dziwnie mamy do czynienia z thrillerem.


 

  Tytuł oryginalny: The Net

   Tytuł Polski: System

   Kraj produkcji: USA 

   Rok premiery: 1995

   Wydawca w Polsce: Imperial CinePix

   Reżyseria: Irwin Winkler

   Scenariusz: Michael Ferris, John D. Brancato.



 

 

   Przepysznym przykładem thrillera ostrzegawczego z połowy lat 90. jest System. Kiedy się ten film ogląda dziś, to wyraźnie trąci myszką i widz gotów jest odnieść wrażenie, że takie kino źle się starzeje. I jakkolwiek powyższe jest prawdą, to akurat w tym przypadku nie stanowi źródła problemu. O moim zdaniem faktycznej przyczynie fabularnej malizny napiszę na końcu, teraz przyjrzyjmy się tej fabule.


Angela Bennet (Sandra Bullock) jest informatyczką. W trakcie filmu zajmuje się i testowaniem aplikacji, i wirusami, i włamaniami, i wreszcie programowaniem, tak że nie wiemy jakiej w sumie specjalności jest przedstawicielką. Ważne jest, że uprawia bardzo nietypowy tryb życia. Angela żyje w całości zdalnie. W necie zamawia pizze, z przyjaciółmi spotyka się w chatroomach, materiały do pracy przywozi jej kurier a resztę spraw załatwia przez telefon. Nikogo w okolicy nie zna, z nikim nie uznaje za celowe się zaprzyjaźniać. Jest też wolnym strzelcem i to pomimo lukratywnych propozycji zatrudnienia na stałe. Jak mówi nie lubi kiedy przy robocie ktoś jej się kręci za plecami. Akurat niedługo ma wyjechać na przekładany od kilku lat urlop, kiedy od jednego ze stałych klientów dostaje szybkie zlecenie. Na przysłanej jej dyskietce nagrana jest strona www zaprojektowana dla jakiegoś zespołu rockowego. Problem w tym, że odnośnik do kalendarza koncertów prowadzi na stronę departamentu energetyki, a tajemnicza ikonka z literką Pi w prawym dolnym rogu pozwala wejść do różnych niepublicznych, państwowych baz danych. Oczywiście o znaczeniu strategicznym. Angela bierze dyskietkę ze sobą na urlop, kiedy umówiony na spotkanie w tej sprawie zleceniodawca nie pojawia się. Oczywiście dyskietka nigdy nie powinna trafić w jej ręce, oczywiście niesłowny zleceniodawca został zabity przez “onych”, oczywiście na urlopie pojawia się agent “onych”, żeby dyskietkę odzyskać. Korzystając z przechwyconych prywatnych rozmów Angele szwarcharakter ów upozowuje się na typ mężczyzny który bohaterce może przypaść do gustu i rusza  w konkury. Angela zostaje szybciutko uwiedziona, wyprowadzona na romantyczny spacer, podstawiony łotrzyk zaś zrywa jej torebkę. I tu właściwie każdy kompetentny przywódca spisku sprawę by zakończył. Dyskietka odzyskana, dziewczyna wyraźnie nie przywiązuje do niej specjalnej wagi - rozwiązanie idealne. Ale nie. Podstawiony kochaś, Jack Devlin (Jeremy Northam) postanawia jeszcze pannę Bennet dyskretnie “zniknąć”. Zabiera ją na łódź, tam konsumują swój kiełkujący romans, po czym bohaterka odnajduje w jego marynarce gnata z tłumikiem, orientuje się w czym rzecz, daje mu w łeb i ucieka. Ulega wypadkowi w czasie tej ucieczki i ląduje  w szpitalu w Meksyku (wakacje spędzała w kurorcie przy granicy). Co istotne, ponieważ nie ma dokumentów w rejestrach medycznych figuruje jako N.N. Inaczej “niemilcy” zaraz by ją dopadli.


I tu zaczyna się właściwa akcja filmu, którego nota bene upłynęła już bez mała jedna trzecia. W szpitalu okazuje się, że karty Angeli są poblokowane, a w konsulacie wychodzi na jaw, że jej SSN (social security number) jest przypisany innej osobie. Żeby w ogóle wrócić do USA wypełnia jednak wniosek o tymczasowy paszport danymi tej osoby i voila, wraca do Stanów. Okazuje się jednak, że to co zrazu wydawało się odosobnionym błędem systemu stanowi dopiero wierzchołek góry lodowej. Bo oto dom naszej bohaterki wystawiony jest na sprzedaż, rzekomo na jej zlecenie, a swojej tożsamości Angela nie ma jak udowodnić. Paszport ma na inne nazwisko, sąsiedzi jej nie widywali bo nigdy nie wychodziła, rodzona matka siedzi na stałe w placówce dla chorych na alzheimera, a wszyscy znajomi znają ją wyłącznie z netu. Ot ambaras. Do tego nazwisko które widnieje w jej tymczasowych dokumentach należy do dobrze znanej policji narkomanki i psychopatki. Zaczyna się gonitwa i próba przechytrzenia złodziei tożsamości. Po nitce do kłębka widzowie wraz z protagonistką dowiadują się, że tajemnicza dyskietka od której wszystko się zaczęło i jej groźny odnośnik do tłustych państwowych sekretów to nic innego, niż backdoor do kupionego właśnie za sryliony dolarów systemu bezpieczeństwa, do tego zaimplementowany przez twórców tegoż, w myśl starej zasady że najłatwiej się kradnie będąc formalnie odpowiedzialny za bezpieczeństwo inkryminowanych dóbr. Zdradzam tu w sumie sekrety filmu jeden za drugim, ale głęboko wierze, że ludzie rozgarnięci na tyle, żeby umieć czytać i tak domyśliliby się tego sami w miarę oglądania. Ostatecznie Angela usiłuje włamać się do mainframe’a przechowującego bazę danych o obywatelach, żeby z odzyskać własne imię i nazwisko. Kiedy przeciwnik ją na tym przyłapuję niszczy cały system rzutem na taśmę, dzięki dyskietce z wirusem, którego wcześniej pozyskała przy innym zleceniu. Ta daaam, fanfary, werble, fade out, napisy. Gdyby obedrzeć historie do samego szkieletu, widać wyraźnie że film jest wtórny. Dla wygody PT czytelników zrobię to tutaj:


1. WSTĘP FILMU, GDZIE WYSOKI FUNKCJONARIUSZ PAŃSTWOWY POPEŁNIA SAMOBÓJSTWO

2. ANGELA WCHODZI W POSIADANIE TAJEMNICY NIE WIEDZĄC O TYM

3. NASTĘPUJE REAKCJA “ONYCH”

4. ANGELA WYCHODZI OBRONNĄ RĘKĄ Z REAKCJI ONYCH

5. ONI ATAKUJĄ WIARYGODNOŚĆ ANGELI, ŻEBY ZABEZPIECZYĆ SIĘ PRZED JEJ EWENTUALNYM PÓJŚCIEM DO PRASY/POLICJI/WŁADZY

6. ANGELA ODKRYWA STRASZNĄ PRAWDĘ, NA KTÓRĄ NIE ZWRÓCIŁABY UWAGI, GDYBY NIE REAKCJA ONYCH

7. ANGELA UCIEKA CO RUSZ PRAWIE WPADAJĄC W RĘCĘ ONYCH

8. ANGELA WYKORZYSTUJE SWOJE ŚWIETNE UMIEJĘTNOŚCI PRZECIW ONYM I OBNAŻA SPISEK.


Jest to typowy szkielet konspiracyjnego thrillera, ale nie jest to bezpośrednia przyczyna beznadziejności tego filmu. Paliwem każdego dreszczowca, tym bardziej w historiach o walce ze złowrogą konspiracją, jest możliwość zmuszenia widza do utożsamienia się z bohaterem. Musi być moment, w którym konsument pomyśli “to mógłbym być ja”. Inaczej intryga spotka się z niewiarą, a w thrillerze wiara jest niezbędna, żeby strach działał. Niewiarygodnych thrillerów nie ma po co oglądać, bo inaczej niż w horrorach strach żeruje tu na zupełnie racjonalnych niepokojach. Kiedy odbiorca niepokojów autora nie podziela, nie kupi jego wizji.

 

Drugim bardzo istotnym wymiarem strachu w takich opowieściach jest jakiś realny problem. Nie tylko więc widz/czytelnik musi myśleć “to mógłbym być ja”, ale też “jak tak dalej pójdzie, to to będzie mógł być każdy”. Kiedy przeciwnikiem bohatera są tajne służby, które cynicznie manipulują jego działaniami, albo grożą jemu i jego rodzinie, taki efekt tworzy się sam. Każde społeczeństwo, po bolesnej historii 20 wieku wie, że tajnym służbom należy uważnie patrzeć na ręce. Większość obywateli wierzy, że ich państwo może być dla nich groźne i to nawet w czasach i w państwach, gdzie takie ryzyko jest szczególnie nikłe. To jest jeden ze straszaków powszednich, strach przed arogancją i skrytością władzy. Do tego słabością wykorzystywaną przeciw bohaterowi musi być coś popularnego i to z perspektywą dalszego wzrostu popularności w najbliższym czasie. Słowem - jakiś aktualny problem.


Jak mogliście wywnioskować ze skrótu fabuły, w Systemie obie kanoniczne zasady tworzenia thrillerów złamano nie proponując nic w zamian. Po pierwsze cały spisek przeciw Angeli był możliwy w tym kształcie tylko w wyniku niezwykle fortunnego dla “onych” splotu okoliczności - dziewczyna jest odludkiem, nie ma żadnych zdrowych na umyśle krewnych, nie trzyma nigdzie zapasowych dokumentów, pracuje wyłącznie zdalnie. Nawet dzisiaj trudno sobie wyobrazić szeroką publiczność, która dostrzeże w Angeli siebie. Co dopiero w 1995. Nie wiem co myślał sobie scenarzysta. Być może liczył, że na fali rosnącej krytyki “społeczeństwa informacyjnego” odwołanie się do obaw dotyczących rozpadu więzi społecznych i wzajemnej izolacji jednostek będzie dostateczne. Mylił się. Tu przechodzimy do drugiej zasady thrillera. Żeby przestraszyć społeczeństwo powszechnością problemu, mechanizm zgnojenia bohatera musi być w miarę łatwy. Wróg musi być w stanie wykorzystać słabość nie wychylając się za bardzo, a nakręcanie spirali przemocy i mobilizacja sił złowrogiej konspiracji ma następować dopiero, kiedy bohater nie poddaje się po pierwszym ciosie. Tymczasem w Systemie dzieje się zupełnie odwrotnie. Spisek zawiązany w celu odzyskania dyskietki jest piętrowy, wiążę się przynajmniej częściowo z bieganiem po mieście z bronią w ręku i zwracaniem na siebie uwagi. Nie ma głupszego pomysłu jeśli chce się zachować tajność. Do tego cała ta bieganina zaczyna się jeszcze zanim Angela pokaże pazury.


Jeśli ratować ten cały słabo strawny galimatias miała w zamyśle strona techniczna to porażka jest tym większa. Technicznie, nawet jak na standardy wiedzy powszechnej z połowy lat 90. jest to zupełny stek bredni. Rozwalenie mainframe’a przez wirus pisany na peceta, tajemnica przechowywana jako hiperłącze na zapisanej na dyskietce stronie internetowej, jeden centralny system antywirusowy, który jednocześnie zabezpiecza aplikacje przed niepowołanym dostępem (to są dwa zupełnie inne problemy w IT) - śmietnik.


Aktorstwo jest żenujące. Jestem być może uprzedzony, bo Sandry Bullock nie lubię oglądać w ogóle. Ma pewien talent komediowy być może, do kina na serio się IMHO nie nadaje. Widać to zwłaszcza w tym filmie, gdzie gra kompletnie papierową bohaterkę  w kompletnie papierowy sposób. Jeremy Northam poza fajnym brytyjskim akcentem nie wnosi do filmu nic. Nie jest to chyba jego wina, bo postać Devlina nie zawiera w sobie niczego, co wymagałoby aktorstwa. Reszta aktorów ma niewiele czasu na ekranie.

Jeśli ktoś chce zobaczyć poprawnie zrealizowany thriller, oparty na prawie identycznej strukturze fabuły zachęcam do sięgnięcia po Wroga publicznego. Wszystko jest bardzo podobne na ogólnym poziomie, a jednak mamy do czynienia z przekonującym i trzymającym w napięciu kinem - czasami zupełne szczegóły odróżniają dobrą rozrywkę, od żenującej ramoty.

System żenującą ramotą jest  z całą pewnością.



Tagi: film system
20:04, mateusz_szary_skoczylas
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 czerwca 2014

Latka lecą. Ostatni rok z dwójką z przodu właśnie się dla mnie rozpoczął.

Dużo u mnie ostatnio zmian, w tym roku jeszcze też sporo zmian przede mną.

W tym roku ciągle jeżdżę w dłuższe lub krótsze zagraniczne delegacje,

bo projekty które robię chwilowo wszystkie toczą się za granicą.

Na bloga piszę za rzadko, ale to wynika głównie z braku czasu na czytanie czy oglądanie (że o graniu nie wspomnę).

Widać tak musi być, nigdy mi nie zależało na ilości.

Ponieważ z jakości jestem zazwyczaj przynajmniej jako tako zadowolony to nie będzie rewolucji.

 

W najbliższym czasie sięgniemy po Tea From an Empty Cup Pat Cadigan, Budayeen Nights Effingera, Zero History Gibsona i coś zupełnie nieznanego, żeby wyjść poza krąg kojarzonych tradycyjnie z CP nazwisk.

Być może poświęcę też dłuższy tekst Gigerowi, bo zacząłem coś tam skrobać w dniu jego śmierci i nie skończyłem. Dobrze się stało, bo będąc ostatnio w Barcelonie udało mi się zwiedzić budynki projektowane przez Gaudiego, a tego architekta Giger wymieniał zawsze jako jedną ze swoich inspiracji.

Kiedy stałem w powalającym wnętrzu kościoła Sagrada Familia, naprawdę wyrzucony z butów przez absolutne mistrzostwo z jakim Gaudi panował nad przestrzenią wszystko co wiedziałem i widziałem o Gigerze raptem wskoczyło na swoje miejsce. Bezcenne uczucie. Sztuka, mili moi, kiedyś chyba każdego dopadnie. Mnie dopadała już parokrotnie (pierwsze przesłuchanie Twilight of the Gods Bathory, pierwszy dokładnie obejrzany album Beksińskiego, pierwsze oglądanie Videodromu i pewnie jeszcze pare okazji), ale rzadko tak mocno jak w tym przypadku. 

Ale o własnych zachwytach dosyć już, kogo to w sumie obchodzi.... O czym to ja miałem...

A, już wiem - ze spraw poza blogowych i poza artystycznych mogę tylko powiedzieć, że u mnie nieźle. Syn się chowa dobrze, komornik z tego co wiem żaden mnie nie ściga, nawet koty mniej rozsypują żwirku, przy korzystaniu z kuwety. Żyć nie umierać.

 

Jako bonus zdjęcie z wnętrza mojego nowego ulubionego obiektu architektonicznego:

 

Tagi: Ogólne
00:56, mateusz_szary_skoczylas
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 czerwca 2014

Ludzie generalnie lubią szufladkować sztukę. Zazwyczaj jest to proste, bo sami artyści widzą się w jakimś większym trendzie. Zdarzają się też przypadki trudne, dające początek dziesiątkom lat dyskusji, na przykład: Beethoven, klasyk czy romantyk.  Na polu muzyki nieco bardziej współczesnej prowadzi to niekiedy do zupełnie zabawnych, wieloczłonowych nazw styli, opisujących demotaśmy trzech kapel na krzyż.

Z filmami takich problemów zazwyczaj nie ma. W kinie jeśli jakieś rażące wykroczenia naruszają kanon danego gatunku, ale tematyka czy miejsce akcji ciągle się w nim mieszczą dodaje się przed nazwe neo- albo anty- i już wszyscy wiedzą o co chodzi. Nie musicie oglądać Bez przebaczenia, żeby usłyszawszy, że to antywestern zrozumieć, że będą kaktusy i kowboje, ale wymowa będzie smutna i mało bohaterska. Skądinąd jeśli nie znacie tego filmu to zachęcam. A wracając do tematu: kino jest zjawiskiem wielozmysłowym i siłą rzeczy style definiuje się w nim łatwiej niż w muzyce. I chociaż w kręgach fanów zapewne do dziś można wziąć udział w zażartej dyskusji Texas Chainsaw Massacre: cannibal film czy może jednak splatterpunk[i], to ogólne podziały w ramach tak zwanego kina gatunków nie wzbudzają zazwyczaj dyskusji.

Ma to swoje źródło w tym, że większość gatunków jest bardzo sformalizowana – opowiada podobne historie w podobny sposób.

Nie licząc westernu, najściślej skodyfikowanym gatunkiem filmowym jest... {nerwowe oczekiwanie, werble coraz szybciej}...nikt inny tylko... {panie mdleją, panowie zrywają się z siedzeń} ...znany i lubiany...{race płoną, w stronę trybun gości lecą pierwsze krzesełka}...FILM SPORTOWY!!!{Gwizdy, okrzyki, odjazd kamery, zbliżenie na trenera Gmocha w studio}.

Na poważnie: film sportowy jest gatunkiem o bardzo ścisłych prawidłach, ale nie dla tego, że twórcy nie mają pomysłów czy budżetu – po prostu w takiej formie działa. Istnieje też drugi, silnie skodyfikowany gatunek, który z filmem sportowym lubi wchodzić w związki – film młodzieżowy. Zastanówcie się nad filmami o dzieciakach z problemami, wpadających w sidła sportu. Było tego sporo. Nad niemal każdą taką produkcją unosi się różowy opar dydaktycznego smrodku, sekwencja zdarzeń (pokazanie problemu bohatera, pokazanie niskiej samooceny bohatera, przypadkowe zetknięcie z mistrzem, niechętne pierwsze próby, wdrożenie dyscypliny treningowej, bunt, pogodzenie, początek wiary w siebie, kryzys przed finałową walką/turniejem/sprawdzianem, kłopoty w w finałowej walce/turnieju/sprawdzianie, odkrycie źródła wewnętrznej siły, zwycięstwo) jest zazwyczaj bardzo podobna, konstrukcja postaci skrótowa. Właściwie jeśli widzieliście którykolwiek z takich filmów, pewnie doskonale rozumiecie o czym mówię. Jeśli jakimś cudem nie widzieliście, to absolutnym must-see jest Karate Kid – najbardziej klasyczny film sportowy dla młodzieży jaki kiedykolwiek powstał.

  Tytuł oryginalny: Real Steel

  Tytuł Polski: Giganci ze stali

  Kraj produkcji: USA 

  Rok premiery: 2011

  Wydawca w Polsce: Forum Film

  Reżyseria: Shawn Levy

  Scenariusz: John Gatins



 I teraz przechodzimy do naszego tematu dnia, czyli filmu Giganci ze stali. Wybór tego właśnie filmu jest podyktowany obchodzonym dziś dniem dziecka, bo dla dzieci ten film może być szczególnie interesujący. Poprzednio kiedy robiłem specjalny tekst na dzień dziecka pisałem o Wall-e, więc tu na wstępie muszę zaznaczyć, że mamy do czynienia z filmem znacznie mniej „uniwersalnym”. Wydaję mi się, że chłopcy w wieku od lat 6 do 30 są naturalną grupą docelową. Ale dużo zależy od waszego stosunku do pokazywania pociechom przemocy w kinie.

Fabuła opisuję wspinaczkę ojca i syna na szczyt sportowej sławy w walkach wielkich, zdalnie sterowanych robotów. Uzasadnieniem istnienia takiego sportu jako ulubionej dyscypliny w Ameryce jest krwiożerczość widowni. Ludzie znudzeni boksem z początku szukali ujścia dla swoich instynktów w ostrzejszych sportach walki, kiedy jednak i to przestało wystarczać na scenę weszły maszyny – roboty mogą walczyć znacznie brutalniej niż ludzie, a tego właśnie życzyła sobie widownia. Właścicielem jednego z takich robotów jest Charlie Kenton (Hugh Jackman). Charlie jest dawnym bokserem, który otarł się kiedyś o szczyt tego sportu. Mistrzem zostać jednak nie zdążył zanim boks utracił popularność, więc teraz jeździ po kraju i wystawia swojego robota w różnych lokalnych walkach. Prowadzi niepoukładany żywot, wszędzie ma długi, nadużywa cierpliwości znajomych i jest pyszałkowaty. W prawdziwe tarapaty wpada jednak, kiedy skutkiem własnego niedbalstwa w jednej walce traci i robota (rozbity) i wszystkie pieniądz (przegrane).

Niespodziewanie dostaje też wezwanie do sądu. Jego niegdysiejsza dziewczyna umarła, co gorsza zostawiając po sobie ich wspólnego 10cio letniego syna Maxa. Charlie chłopaka właściwie nie zna i nawet nie chce znać, przyjeżdża jednak na rozprawę w sprawie dalszych losów dziecka. Do roli rodziców zastępczych zgłosili się siostra zmarłej i jej mąż – oboje mający o Charliem nie najlepsze zdanie. W niesympatycznej, acz inteligentnie pomyślanej scenie przed budynkiem sądu niechętny ojciec i bogaty wój zawierają umowę co do dalszych losów Maxa. Charles dla pozorów i żeby umożliwić zastępczym rodzicom z dawna zaplanowany urlop w Europie weźmie chłopca do siebie na wakacje, potem zaś przekaże go pod ich opiekę i zrzeknie się praw. Dodatkowo oczywiście bogaty wój zapłacie za tę grzeczność niebagatelną sumę, połowę od razu, połowę po wakacjach.

I tak nienadający się absolutnie do opieki nad czymkolwiek, co nie jest robotem Charlie, oraz bezczelny i nad wiek rozwinięty Max zostają na siebie skazani. Chociaż początkowo pomysł jest taki, by podrzucić dzieciaka zaprzyjaźnionej właścicielce warsztatu, a samemu za dopiero co uzyskane pieniądza sfinansować sobie nastepną maszynę i ruszyć  na tournée, determinacja chłopca nie pozwala go tak łatwo porzucić.

Dalszy ciąg jest przewidywalny – Charlie dojrzewa do bycia ojcem i zaczyna być rozważny i odpowiedzialny, Max przestaje maskować poczucie krzywdy bezczelnością i pozwala się czegoś nauczyć, a robotyczne walki idą obu panom tak dobrze, że docierają na sam szczyt. Jak już pisałem te filmy z natury są przewidywalne. Nie mniej wydaję mi się, że od dość dawna w holyłudzie takiego filmu nie było – po pierwsze ma zupełnie jasny przekaz, że nie wszystko od razu musi być dobrze, że przyjaźń i zaufanie wykuwają się w próbach charakteru, że zarozumiałość ogranicza itp – i jest to przekaz podany w sposób zrozumiały dla młodego widza. Po drugie mimo raczej lekkiego tonu nie wpada w kretyńskie komediowe wstawki, mające umilić najmłodszym seans. Po prostu ten film nie traktuje dzieci jak idiotów. Do tego nie jest to jakieś kino „po kosztach” – efekty specjalne, zarówno CGI jak i te związane z animatroniką są na świetnym poziomie, choreografia walk jest naprawdę fajnie pomyślana, kostiumy, pojazdy i scenografia również nie ustępują w niczym dużym filmom rozrywkowym. Hugh Jackman jako Charlie pasuje idealnie, świetnie pokazuje doroślenie swojego bohatera i udowadnia tym filmem, że potrafi coś więcej niż przekonująco odgrywać Wolverina. Młodociany Dakota Goyo jako Max gra przyzwoicie i pomimo pewnych skrótów w konstrukcji postaci chłopca wypada przekonująco. Arcyłotrem jest bukmacher Ricky (Kevin Durand), zagrany przesadnie, skonstruowany skrótowo i bez sensu i niestety dość losowo pojawiający się na drodze naszych bohaterów. W ogóle brak w tym filmie tak naprawdę postaci uosabiającej przeciwnika – Ricky jest kimś takim tylko do pewnego stopnia, w pewnym sensie tę rolę pełni też menedżerka obecnego robota-mistrza i jego japoński konstruktor. To rozmycie szwarzcharakteru było chyba zabiegiem celowym i pozwoliło nadać całemu filmowi spokojne tempo. W ten sposób mimo naładowania walkami Giganci ze stali nie są filmem akcji.

Teraz grzechy: jeśli po tym co napisałem powyżej wydaję wam się, że to film nie dla was to pewnie macie rację. Nie każdemu takie kino będzie odpowiadać.

Jeśli zastanawiacie się, czy film nadaje się dla waszych dzieci to to zależy od waszych norm i wrażliwości. Dla tych, którzy w kinie młodzieżowym przemocy nie akceptują ta produkcja odpada. Dla tych którzy ją akceptują z zastrzeżeniami może być tu kilka trudnych momentów, wymagających rodzicielskiego komentarza. Po pierwsze nie tylko roboty się tu biją, Charlie też w pewnym momencie obrywa po łbie od „niemilców”. Po drugie jest tu długa i bardzo niepokojąca scena walki robota z bykiem, na jakimś jarmarku ku uciesze gawiedzi. Zapewne ma ona pokazywać jakim głodem brutalności kieruje się społeczeństwo w wyborze rozrywek, jednak jej lekko komediowy charakter i komiksowa wręcz choreografia, wreszcie tryumf byka, sprawiają wrażenie, że sprzedawanie biletów na pokaz rozjeżdżania żywych stworzeń kombajnem jest normalne. Nie jest. Nie jestem wrażliwcem, wege-aktywistą, ani nawet specjalnie obrońcą zwierząt, krowy mięsne służą na mięso i tyle. Ale pomysł na okładanie ich  metalowymi piąchami, zwłaszcza w takim ujęciu jak widzimy to w Gigantach, nie pasuje do kina rodzinnego. Gdyby jeszcze służyło to pokazaniu przemocy jako czegoś nieprzyjemnego – wtedy może. Ale tu jest to raczej kabaret. Nie wyszło to dobrze.

Można by się też czepiać mało konkluzywnego zakończenia, które wprawdzie w całej skomplikowanej sytuacji jest swoistym „salomonowym sądem”, nie koniecznie jednak łatwo przyswajalnym dla młodszego widza.

Tak czy inaczej dla ojców i synów ten film jest fajną propozycją na niedzielne popołudnie. Gdyby porównać go do lubianych i przyjaznych dzieciom Transformersów to moim zdaniem ma jedną przewagę – jest o czymś.

Wszystkim dzieciom i ich rodzicom chciałem życzyć przy okazji wszystkiego najlepszego!

 

PS. Film jest formalnie adaptacją opowiadania Richarda Mathesona Steel. Jest jednak tak odległy od oryginału, że zdecydowałem się w niniejszym tekście ich nie porównywać i w ogóle nie nawiązywać do pisanego pierwowzoru. Podobno pisarzowi film bardzo się podobał – tak mówił wywiadach. W latach 60. zresztą to opowiadanie doczekało się już ekranizacji jako odcinek Twilight Zone. O Steel w wersji pisanej oraz pierwszej ekranizacji jak i o Mathesonie ogólnie jeszcze kiedyś będzie, więc nic straconego.



[i] Oczywiście, że splatterpunk – cannibal films jako osobny gatunek to właściwie wyłącznie filmy włoskie w tamtym czasie. I rzecz jasna stanowią podgatunek kina exploitation. To tak żebyście wiedzieli po której ja jestem stronie. To nie jest spór, w którym można pozostać neutralnym!



23:53, mateusz_szary_skoczylas
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 maja 2014

  Autor: Mary Rosenblum

  Wydawnictwo: Zysk i s-ka.

  Tłumaczył: Marcin Krygier

  Wydano w Polsce w roku: 2001

  Oryginalne wydanie: 1994



 

 

 

 

 

 

 Sztuka! Co za zaskakujące pole ludzkiej aktywności! Sztuka nie przynosi wprost żadnych korzyści, pochłania czas, pieniądze, czasami życie swojego twórcy. Jest wszechobecna, nie sądzę, by ktoś potrafił wyobrazić sobie świat bez niej, a jednak gdyby zrobić sondę na ulicy, większość respondentów powie zapewne, że im akurat do niczego nie jest potrzebna. Sztuka ma swoich kapłanów, inkwizytorów, szare eminencje, konsumentów, udziałowców i męczenników. I jeśli czegoś możemy być pewni, to tego, że będzie zawsze. Ostatni potomek człowieka pod zamieniającym się w supernową słońcem, końcem patyka wyrysuje w spopielonych resztkach swoje epitafium. Może wiersz albo obraz, symbol lub morał.


Im bardziej rozmyślam o sprawach ważnych (sens życia itp.) tym bardziej sztuka wydaję mi się kluczowa. Być może niegdysiejsza fascynacja Nietzschem ustępuje u mnie zrozumieniu Schopenhauera. Człowiek koło trzydziestki robi się pesymistą. Ale nie swoim weltschmerzem chciałem was obrzygiwać drodzy czytelnicy! - ten wstęp to tylko zaznaczenie, że do tematu opisywanej dziś książki mam pozaracjonalny stosunek.


Mary Rosenblum - znacie nazwisko? Pewnie nie. Ja poznałem bardzo niedawno przy okazji antologii Rewired: PostCyberpunk Anthology, ale o innej książce dziś będę pisał. Jedynej jak na razie wydanej po polsku powieści tej pani - Kamiennym ogrodzie.


Muszę przyznać, że trochę nie tego się spodziewałem, zwłaszcza rzuciwszy okiem na okładkę. Tom co po przeczytaniu blurba z ostatniej strony wyglądało bardzo sztampowo, okazało się być dość oryginalne. Bohaterem jest Michael Tryon, artysta, człowiek stary i wypalony. Mieszka spokojnie w Nowym Meksyku i zajmuje się rzeźbieniem Kamieni, sprowadzanych z pasa asteroidów brył kosmicznej skały dających się rzeźbić umysłem. Artyści tacy jak Michael przy pomocy własnego talentu i współpracujących modeli oddziałują na Kamienie poprzez nastroje i myśli, trwale odciskając warstwa po warstwie pożądana kompozycje. Kiedy kamień jest ukończony, widzowie w jego pobliżu będą odbierać jako całość różne osadzone w nim uczucia. Taka sztuka jest powszechnie podziwiana, jednak dość elitarna. Liczących się rzeźbiarzy jest na świecie kilkunastu; surowe kamienie wydobywa tylko jedna firma, zaś mechanizm ich działania jest, łagodnie mówiąc, niejasny. Tryon jest artystą wypalonym. Od wielu lat nie stworzył żadnego dużego dzieła, rzeźbi jakieś drobnostki, większe prace ma zaś bez wyjątku rozgrzebane i nie umie ich skończyć. Jednak jego nazwisko się liczy - uznawany jest za jednego z najwybitniejszych. Może sobie pozwolić na nawet wieloletni przestój.


Michael dostaje wiadomość od młodej kobiety podającej się z jego córkę, jednocześnie na usilne naleganie przyjaciółki zgadza się naprawić uszkodzony kamień w rezydencji nowobogackiego biznesmena. Te dwa zrazu niezależne zdarzenia pchną go na ścieżkę, na której pozna nie tylko prawdziwą istotę kamieni, ale też zobaczy co stracił poświęcając się sztuce.


Świat przedstawiony to rozsądna wizja w dobrym stylu cyberpunkowej fantastyki krótkiego zasięgu. Ludzie żyją nieco dłużej niż obecnie dzięki odmładzającym zabiegom pozwalającym utrzymać w pełnej sprawności nawet i stulatków. Wielkie korporacje i biznesmeni z pogranicza normalnych interesów i mafii są istotnymi graczami na globalnym rynku. Globalna sieć jest podstawową płaszczyzną komunikacji. Hakerzy montują sobie różne wszczepy w głowie, żeby lepiej sprzęgać się z siecią. Itp, itd, niby nic nowego, za to z umiarem. U Rosenblum te dekorację zawszą są gdzieś w tle, nie stanowią same w sobie aktora wydarzeń jak w Neuromancerze, nie mają udowadniać obeznania autorki, nie pchają się w środek kadru. Z drugiej strony są potrzebne w tej fabule - uprawdopodabniają całą historię i dodają trochę rozsądnie futurystycznego wydźwięku.

 

Poza Tryonem i jego córką  wśród ważnych postaci poznajemy też lewego lekarza z dzielnicy nędzy, byłą kochankę Michaela, jej obecnego faceta - kolonistę  z pozaziemskiej platformy, męską prostytutkę i jednocześnie pełnomocnika jednego z bogatszych ludzi na ziemi. Galeria osobliwości.


Michael nie zajmuje w narracji jakoś bardzo dużo miejsca, jego córka i Zed (wspomniana męska dziwka/plenipotent) są przynajmniej równie ważni. Niemniej to Tryon uosabia podstawowy konflikt stojący za fabułą. Chociaż to nie musi być jedyne wyjaśnienie rzecz jasna, wydaję mi się, że najistotniejszym konfliktem tej książki jest ten zachodzący w artyście, który zaczął sobie zdawać sprawę z ceną jaką płaci za lata zachłystywania się własnym geniuszem i lekceważenia świata dookoła. Z kolei Zed jest bohaterem niby drugoplanowym, ale tak naprawdę do pewnego miejsca wszechobecnym. I jest opisany i umotywowany genialnie. Obaj z Michaelem są trudni do lubienia z zupełnie przeciwnych powodów i to często na tej samej stronie książki. Michael przez większość książki jest pasażerem wydarzeń, zdemotywowanym, wątpiącym, wycofanym. Zed przeciwnie; jest manipulatorem, aktywnym graczem, cwaniakiem, nie dającym się lubić gnojem i nie dającą sobie nie współczuć istotą ludzką. Najsłabiej na tym tle wypada córka Tryona, Margarita, będąca artystką jak on sam, tylko jeszcze na krzywej wznoszącej.


Ta książka ma pewne wady - niepotrzebne momenty egzaltacji, nachalne tłumaczenie w dialogach tego, co średnio  rozgarnięty czytelnik sam już dawno zrozumiał, niepotrzebne wątki. Przykładowo, Margerita jest lesbijką, tęskni za swoją kobietą, z którą się rozstała na wczesnym etapie tej historii. I z samego faktu jej niedawnego związku sporo dla fabuły wynika, jednak w żaden sposób nie z tego że był to związek jednopłciowy. Zwłaszcza że świat przedstawiony nie objawia jakiś jednoznacznych inklinacji do homoseksualizmu. Żeby było jeszcze trudniej, to w drugim homoseksualnym wątku tej książki, w którym poznajmy we fragmentach naturę stosunków Zeda z jego wysoko postawionym kochankiem i sponsorem jest to bardzo sztampowy stosunek władzy  - kto kogo według niemal więziennego wzorca, czyli akt seksualny jako forma dominacji. To ciekawe, czemu na tych samych nieco ponad 400 stronach homoseksualizm jest jednocześnie wyrazem stosunku posiadania w swojej męskiej formie i partnerstwa  w żeńskiej. Może to zamierzone, albo w ogóle doszukuje się znaczeń tam, gdzie ich nie ma, nie wiem, nie mniej wyszło dziwnie.Generalnie kiedy bohaterowie mają jakieś odbiegające od standardu cechy podświadomie oczekuje, że coś z tego ma wynikać, inaczej zazwyczaj widzę w tym zbędny ozdobnik.


Książka oryginalnie ukazała się w 1994 roku. W dwa lata później wychodzi wielka powieść Sterlinga Święty płomień, którą można uznać za zwieńczenie cyberpunku jako gatunku literackiego. Te książki są podobne do pewnego stopnia, chociaż Rosenblum wybiera prostszą ścieżkę thrillera, Sterling zaś skupia się na wątku obyczajowym. Tak czy siak jeśli lubicie Święty płomień to Kamienny ogród na pewno was zainteresuje. Podobnie jeśli lubicie Neuromancera. Tak książka jest dokładnie w pół drogi miedzy dwoma wspomnianymi.I chociaż jest niewątpliwie gorsza literacko od obu konkurentek i tak jest bardzo dobra. Polecam wszystkim zainteresownaym cyberpunkiem. 



23:49, mateusz_szary_skoczylas
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 kwietnia 2014

  Autor: C.S. (Celia) Friedman

  Wydawnictwo: Mag

  Tłumaczył: Zbigniew A. Królicki

  Wydano w Polsce w roku: 2000

  Oryginalne wydanie: 1998

 

 

 Kiedy cyberpunk był jeszcze gorącym oraz na bieżąco komentowanym tematem, wielu autorów zajmujących się na co dzień  innymi odmianami fantastyki próbowało nawiązać z nim jakiś dialog, albo wręcz użyć tego sztafażu na próbę. Tak jest często z modami literackimi, na tej zasadzie kiedyś Nowa Fala Science Fiction objęła absolutny rząd dusz, żeby po parunastu latach cofnąć się i ustąpić miejsca młodszym i prężniejszym nurtom.

Cyberpunk nie miał szczęścia o tyle, że stawia autorom pewne wymagania odnośnie orientacji w świecie współczesnym i to nie w obszarach abstrakcyjnych jak filozofia i etyka, tylko raczej codziennego życia i jego wpływu na ludzi. Nawet jeśli to codzienne życie opisujemy na przykładzie jakiegoś stworzenia niecodziennego – superłotra, cyborga, AI czy agenta wywiadu, to właśnie jego społeczna perspektywa będzie określać nam punkt widzenia. Chociaż w starszej fantastyce się to zdarzało, to raczej nie jako istotny element, a już na pewno nie jako wyróżnik całego nurtu. Geniuszem, jeśli chodzi o osadzanie narracji w określanej przez bohatera perspektywie społecznej był (i jest do pewnego stopnia nadal) Gibson, u którego złożyły się na to dwie niezależne, ale współbieżne inspiracje – pisarstwo Dicka i Chandlera. Sterling robił to nieco inaczej, ale w tym samym celu, podobnie Cadigan. Ci, których w całym cybeprunku interesowały tylko spluwy i wszczepy zazwyczaj ograniczali się do opisywania perspektywy bohaterów, ale na narracje nie miało to najczęściej wpływu poza stylistycznym. Natomiast dla autora, który w temat wchodził w ogóle z boku, wymóg określenia świata przedstawionego z jakiejś ścisłej perspektywy społecznej (czy, nie bójmy się tego słowa, klasowej) był problemem często nie do przeskoczenie. I to problemem nie zawsze uświadomionym.

Książka C.S Friedman to doskonały przykład na to, jak niewiele można zaoferować pisząc cyberpunk bez zrozumienia określającej go perspektywy. To nie jest zła książka, tylko po prostu niewiele wnosi do tematu, którego się podjęła.

Celia Friedman to pisarka kojarzona raczej ze sztafażem fantasy (Trylogia Zimnego Ognia). Kiedy wzięła się za pisanie Obcego brzegu literaturą zawodowo zajmowała się już od wielu lat, miała za sobą jakieś pomniejsze nagrody, trochę fanów – nie była osobą znikąd. Obcy brzeg był też jak na razie jedyną jej wycieczką w ten obszar fantastyki. Spotkał się z życzliwym przyjęciem krytyki.

Tłem dla tej historii jest 22 stulecie, przestrzeń kosmiczna jest dawno skolonizowana, a nadświetlne podróże możliwe dzięki systemowi nadprzestrzennych dziur zwanych ainniq. Można powiedzieć, że ludzkość radzi sobie całkiem nieźle, ale ludzkość nie jest tu pojęciem precyzyjnym. Swego czasu facet nazwiskiem Hausman wynalazł sposób na przekroczenie prędkości światła. Ziemianie pobudowali statki i wysłali kolonizatorów ku obiecującym planetom. Odniesiono sukces. Podróżnicy dotarli, kolnie zostały założone, nic nie zapowiadało komplikacji. Po niedługim czasie okazało się, że proces podróżowania metodą Hausmana ma efekty uboczne i pierwsze pokolenie urodzone po podróży nie przypomina już ludzi, albo przypomina ich umiarkowanie. Dla każdej grupy efekty były inne, ostatecznie wiec na każdej planecie czy stacji zrodził się nowy wariant człowieka myślącego, mniej lub bardziej odległy od formy wyjściowej. To by jeszcze nie było źle. Gorzej, że na Ziemi informacja o mutacjach dotarła do opinii publicznej. Wybuchły zamieszki, zachwiały się rządy – panika na wielką skalę. Żeby wszystko to uspokoić program zostaje przerwany, kosmodromy zniszczone, statki z napędem Hausmana rozebrane. Młode ziemskie kolonie zostają porzucone, często w trudnych warunkach, bez dostaw, wsparcia, szansy na wycofanie się.

Mija wiele lat. Na jednej z planet zwanej Guerrą, zostaje wynaleziony inny sposób transportu, nie obarczony komplikacjami poprzedniej technologii. Wymaga jednak utworzenia specjalnej kasty pilotów. Guerranie zawiązują Gildie pilotów kosmicznych i ruszają w przestrzeń zbierać z powrotem ludzkość do kupy. Podróżować z prędkością nadświetlną można tylko między węzłami (stara w sf koncepcja wormhole’a), więc przy każdym węźle stawia się stacje przesiadkową, a do pobliskich światów lata już na napędzie klasycznym. Guerrańska gildia jest jedynym posiadaczem technologi takich podróży i jedyną organizacją umiejącą szkolić pilotów. Staje się więc absolutnym hegemonem. Ktokolwiek naruszy jej interesy ryzykuje wyłączenie swojej planety z rozkładu jazdy – wyrok nieodwołalny i skazujący na absolutną izolacje. Wszystkie światy zamieszkane przez warianty Hausmana współpracują więc ze sobą, tworzą wielką sieć komputerową i szeroki sojusz. Wbrew protestom Gildia do systemu dołącza też Ziemię, chociaż jej mieszkańcy są powszechnie znienawidzeni za grzech porzucenia dokonany przez ich przodków.

Na pierwszy rzut oka widać pewne podobieństwo ze światem Diuny Herberta, tylko tam oczywiście nie było żadnej zbiorowej niechęci do homo sapiens, a różnice sprowadzały się do kultury, nie genetyki. Z nowszych rzeczy nieco podobnie funkcjonował system transportu w cyklu Hyperion Cantos Simmonsa. Trzeba przyznać, że jest to prawdopodobne – mieliśmy na ziemie faktyczne monopole handlowe i transportowe i prędzej czy później zarządcy takich monopoli dążyli do przejęcia władzy de facto, czy wręcz de iure (Hanza, Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska, Holenderska Kompania Wschodnioindyjska, Hudson’s Bay Company).

W tym pełnym napięć świecie, trzymanym przez Gurreńczyków za mordę, dorasta bohaterka – Jamisia Shido. Jamisia jest młodą dziewczyną, mieszkającą w orbitalnym habitacie korporacji Shido. Zbieżność nazwiska i nazwy firmy oznacza tylko, że Jamisia jest obywatelką tego przedsiębiorstwa, nie że jest dziedziczką jego fortuny. Jami ma pewne problemy ze sobą, często bez wyraźnych powodów i zwykle na nie więcej niż kilka godzin urywa jej się film. Kiedy habitat zostaje zaatakowany wychowawca Jami w ostatniej chwili wysyła ją kapsułą ratunkową w stronę lecącego akurat nieopodal liniowca pasażerskiego. W biegu tłumaczy, że to ona jest przyczyną ataku, że jest niezwykle ważna i że wszystko się w swoim czasie wyjaśni.

Nie skomentuje oryginalności takiego rozpoczęcia książki.

Jami pod fałszywą tożsamością dociera więc na wielki statek jako spóźniona pasażerka. Jej cyberkomputer wszczepiony wprost w mózg maskuje się jako najnowszy model, ale faktycznie jego możliwości wyprzedzają wszystko, co można dostać u cyberchirurga. W czasie kolejnych zaprogramowanych przez wychowawce snów bohaterka odkrywa na czym polega jej wyjątkowość. Dziewczyna dowiaduje się, że jest tylko jedną z wielu osób, które zamieszkują jej ciało. Do tej pory inni pasażerowie jej umysłu ukrywali się przed nią, teraz jednak w warunkach zagrożenia pościgiem, wszyscy muszą współpracować. Skąd tyle osobowości w jednym ciele? Jest to efekt eksperymentu, cel którego wyjaśnia się dopiero pod koniec książki, ale którego przebieg polegał po prostu na wywołaniu wielokrotnego rozczepienia osobowości u  dziecka uratowanego z wielkiej katastrofy. Oczywiście tak wyhodowane jaźnie są, każda z osobna, niekompletne. Każdą kieruje jakiś instynkt, który ona z kolei uosabia. Jest więc osoba będąca wyrazem agresji, inna od pożądania, inna od strachu itp. Jest ich kilkanaście i są siebie nawzajem świadome. Żeby ocaleć muszą uciec i nie dać się wyśledzić.

Równocześnie poznajemy meandry polityki Gildii kosmicznej, gdzie szefująca przedsiębiorstwu Prima, wraz z zespołem swoich menedżerów usiłuje ustalić pochodzenie i cel powstania wirusa, który atakuje cyberwszczepy kosmicznych pilotów i doprowadza ich do psychozy i śmierci. Wygląda na to, że ktoś chce sparaliżować transport. Na takie ryzyko Gildia nie może sobie pozwolić. Władze przedsiębiorstwa decydują się powołać najlepszego specjalistę od zabezpieczeń, wirusów itp., jednego z ojców międzygwiezdnej sieci w ogóle, doktora Kio Masade.

Masada, podobnie jak wielu menadżerów Gildii i wszyscy jej piloci jest Guerreńczykiem. Na Guerze mutacje Hausmana przyjęły specyficzną formą, bo dotyczyły tylko mózgów. Mieszkańcy Guerry zachowali więc ludzką postać, ale praktycznie wszyscy cierpią na zaburzenia psychiczne. Tu zaczyna się robić ciekawie. Skoro planetę zasiedlają ludzie o umysłowościach zaburzonych na wiele różnych sposobów (monomanie, natręctwa, nerwice, autyzm, psychozy dwubiegunowe, zapewne też wiele innych), podstawową sprawą okazało się znalezienie sposobu porozumiewania umożliwiającego owocną współpracę. Wynaleziono więc system kaja – linii kreślonych na twarzy, mówiących rozmówcom czego mogą się spodziewać. Powstał też kodeks zachowań, określający precyzyjnie jakie formy zwracania się, zasady pierwszeństwa i przywileje przysługują jakim kaja w zależności od tego z kim, o czym i w jakich okolicznościach rozmawiają. Coś jak dukajowska NeTi z Czarnych oceanów, ale działająca w planetarnym domu wariatów.

Masada jest człowiekiem wycofanym, unikającym innych, błyskotliwym analitykiem. Pomimo bycia jednym z najlepszych specjalistów w swojej klasie nigdy nie opuszczał rodzinnego miasta, a co dopiero planety. Na zlecenie Gildii, a trochę też ze względu na fascynacje tajemniczym wirusem, będzie musiał ruszyć w podróż, żeby na bieżąco analizować wydarzenia i tropić autora niebezpiecznego programu.

To jak ma się historia Jamisi do wątku doktora Masady stanowi istotę powieści. Starczy jeśli powiem, że okażą się sobie nawzajem potrzebni i do spółki z młodym hakerem któremu wirus pozabijał przyjaciół rozwikłają w końcu całą historię.

Jest w tej książce całe cyberpunkowe rekwizytorium – sieć, wszczepy, hakerzy, korporacje, czarny rynek, niezbyt moralni bohaterowie. To, że rzecz dzieje się w kosmosie dodaje oczywiście dodatkowy wymiar, bo chociaż obcych formalnie brak, to zaludnione wariantami Hausmana korytarze stacji przesiadkowych wyglądają jak żywcem wycięte z Kosmicznego szpitala Jamesa White’a albo wręcz ze StarTreka. W Obcym brzegu sporo też ciekawych pomysłów społecznych – system kaja, wzajemne tarcia między różnymi płaszczyznami podziału; rasowego, klasowego, gospodarczego, z których każdy przebiega inaczej. Ta książka to kupa dobrej zabawy. Tym bardziej, że warsztat autorki jest bez zarzutu – dyktujące tempo częste zmiany punktu widzenia i krótkie rozdziały, znakomite dialogi pozwalające nie pogubić się w fabule, rwane, dynamiczne opisy. Problem z tą książką polega na czym innym. Nie rozumiem w sumie do kogo jest skierowana. Sztampowa fabuła oparta o liczne klisze i wynikająca z tego przewidywalność wskazywałyby, że docelowym czytelnikiem jest raczej młodzież.  Z drugiej strony całe tło społeczne, ze swoiście działającymi rasistowskimi uprzedzeniami, zagadnieniami władzy, sprawiedliwości, odpowiedzialności za grzechy ojców, czy dopuszczalności dyktatury jako formy obrony przed anarchią – wszystko to ma szanse być zrozumiane przez czytelnika dojrzalszego. A jego z kolei wtórna fabuła będzie drażnić, nawet jeśli jej wtórność jest tak zręcznie maskowana.

Do cyberpunku ta książka nic nie wnosi, ani do problematyki, ani do stylistyki. Jako powieść przygodowa się broni, ale jest wiele lepszych. Nie żałuje spędzonego nad nią czasu, już dla poznania samego systemu kaja warto ją przeczytać, ale naprawdę szkoda, że nie wyszło lepiej. Mogła być wybitna, jest zaledwie dobra. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Chcecie mieć własny – przeczytajcie książkę.



22:57, mateusz_szary_skoczylas
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
Zakładki:
Tagi