|
poniedziałek, 14 maja 2012
Właśnie minęły 2 lata od rozpoczęcia działalności. Nie jest to bardzo dużo czasu, ale na pewno dość, by określić czy się dane zajęcie lubi. Ja swoje lubię. Jeśli wy też, to mamy, jak to się mówi w mojej branży, win-win situation. To było bardzo zakręcone 731 dni, w tym czasie zostałem ojcem, objąłem w robocie obowiązki, które przez kilka lat usiłowałem sobie wychodzić, zarwałem sporo nocy i poznałem dużo fajnych ludzi. Łza się w oku kręci. A na poważnie, oto podsumowanie i trochę liczb: Niniejszym ogłaszam że, od maja 2010 popełniłem, zgrubnie licząc, 43 recenzje książek, 8 tekstów o filmach i kilkanaście wpisów na inne tematy(nowości, plany, wspomnienie o Effingerze itp.). Nie wiem, czy to dużo czy mało, ale ubaw miałem przy okazji niezły. Teraz chciałem troszkę pomarudzić o blogowaniu jako takim. Rocznica to dobra okazja do rozwlekłych i nudnych tekstów, wykorzystam więc ten przywilej jubilata, co mi tam! Wszystko to co tutaj przeczytacie to nic więcej niż tylko próba odpowiedzi na często zadawane pytania. Oczywiście moje doświadczenie blogowe jest skromne. Dwa lata Zieloną Czcionką i wcześniej efemeryczny blog o tematyce ogólnej. To nie jest dużo, ludzie potrafią prowadzić swoją publicystyczną czy recenzencką działalność znacznie dłużej i intensywniej. Nie chcę się sadzić na eksperta. To, co piszę poniżej, to tylko poglądy, pewnie równie dobre jak wszystkie inne. Jeśli zaglądacie tu od czasu do czasu, na pewno zauważyliście, że generalnie nie przeklinam. To często wzbudza zdziwienie u osób, którym zdarzało się ze mną rozmawiać w realu. Nie mam może jakiegoś szczególnie wulgarnego słownictwa, ale nie unikam też przesadnie przekleństw na co dzień. Czemu więc na blogu praktycznie w ogóle ich nie ma (przejrzałem ostatnio wszystkie swoje teksty pobieżnie. Raz pada słowo „syf” i kilka razy „cholerne”)? To dość proste. Przeklinanie w słowie pisanym, kiedy nie ma po temu bardzo dobrego uzasadnienia, jest sztuczne. Przekleństwa i nieumiarkowany język przynależą mówionej komunikacji, bo ona jest bardziej spontaniczna. Nie twierdzę, że nigdy się nie pojawi kwieciste określenie. Pewnie się pojawi, ale kiedy uznam, że będzie potrzebne. Jeśli będę pisał o czymś naprawdę oburzającym, albo o kimś naprawdę podłym i nie znajdę innej formy dla zaznaczenia mojego stosunku – wtedy proszę bardzo. Przy czym żeby było jasne: nie czuję się lepszy od blogerów, którzy piszą, że ich coś „wkurwia” albo film był „zjebany”. Ich cyrk, ich małpy. Mi to nie przeszkadza, wiele takich blogów na luzie czytam i cenię, ale u mnie tak nie będzie. W ogóle chciałbym, żeby teksty mojego autorstwa były napisane tak, jakbym pisał do medium drukowanego. Unikanie skrajnego wyrażania swojego zdania wydaje mi się jednym z wymagań. Często nadmiernie kwiecisty język świadczy o luzactwie na siłę. Tak jak kiedyś używanie słowa „cool”. A to często jest po prostu żenujące. Druga rzecz, to robienie riserczu. Lubię prezentować informacje w miarę możliwości całościowo, a jeśli nie całościowo, to przynajmniej w jakimś kontekście. Dlatego na napisanie recenzji czy artykułu poświęcam średnio około 4-5 godzin. Nie liczę do tego czasu poświęconego na film czy książkę. Podany czas dotyczy samego pisania i szukania dodatkowych informacji oraz weryfikowania ich. Nie wiem czy to dużo, czy mało. Przy tej ilości czasu jakim dysponuje dla siebie bywa to problemem. Niestety, lepiej mniej, a lepiej. Po prostu staram się mówić, kiedy mam coś do powiedzenia, a nie wcześniej. To dobra praktyka, a i tak nie udało mi się uniknąć przynajmniej jednego głupstwa. Napisałem o Puppet Masterze z Ghost in the Shell, że uosabiał sieciową wszechmoc. Co było zwyczajnie nieprawdą, był raczej zaszczuty. Może zresztą głupot napisałem więcej – na tą jedną zwrócono mi uwagę. Nie mniej jednak usiłuję nie tylko brać informacje z różnych źródeł, ale też sprawdzać ich prawdziwość. Idzie mi to coraz łatwiej, bo przeczytawszy dziesiątki wywiadów, historii wydawnictw, wstępów i wspomnień, dowiedziałem się mimochodem wiele o książkach i filmach, za które się jeszcze nie wziąłem. Kiedyś mi się to przyda. Poprawki wprowadzam w już opublikowanych wersjach rzadko i tylko językowe. Jeśli o czymś zapomniałem, dopisuje to w osobnym wpisie, albo na końcu oznaczone jako uzupełnienie. Mógłbym oczywiście edytować materiał wielokrotnie, ale to byłoby niewygodne dla czytelnika. Ja jako czytelnik czuję się zazwyczaj oszukany, kiedy wracam do tekstu i znajduję w nim inne tezy niż przy poprzedniej lekturze. I ostatnia rzecz. Najważniejsza i często jestem o nią pytany. Nie czytam cudzych recenzji przed napisaniem własnej. Jeśli planuję o czymś pisać, nie patrzę, jak o tym pisali inni. Jeśli biorę się za pisanie o czymś, o czym wcześniej czytałem, to zawsze wykrzywia to mój tekst. Mimowolnie ustosunkowuje się wtedy do czyjejś opinii. Z wielkim bólem nie śledzę więc na bieżąco cyberpunkreview.com ani podobnych miejsc. Bardzo bym chciał, ale to mi utrudnia pisanie. Natomiast namiętnie czytam wszystko jak leci, po tym jak już sam skończę pisanie. Podobno jest to dziwna taktyka. Nie wiem po co to wszystko napisałem. Trochę dlatego, że było o te tematy parę pytań. A trochę dlatego, że chciałem sobie te sprawy uporządkować.
niedziela, 13 maja 2012
Autor: Jon Courtenay Grimwood Wydawnictwo: Solaris Przekład: Dariusz Kopociński Wydano w Polsce: 2004 Oryginalne wydanie: 2001
Postanowiłem pozostać w klimatach świata muzułmańskiego i sięgnąć po cykl często porównywany z opisywaną poprzednio trylogią o Maridzie Audran. Trylogia ArabeskaJona Courtenaya Grimwooda na pewno jest warta uwagi, chociaż jej autor postawił sobie znacznie łatwiejsze zadanie niż Effinger. Grimwood kreuje wizje świata w którym kraje kultury islamskiej są znacznie bardziej zjednoczone niż w naszej rzeczywistości. O ile Effinger w konstruowaniu dekoracji do swojego cyklu oparł się o świat arabski, o tyle autor Arabeski stawia na Turcję. Pierwsza powieść, Pasza-Zade, ma miejsce w nieodległej przyszłości, bo już w roku 1472 według kalendarza muzułmańskiego (2050 licząc naszą rachubą). Żeby uprawdopodobnić nieco mocarstwową pozycje Turcji w takiej nieodległej perspektywie, autor korzysta z mechnizmu historii alternatywnej. Punktem rozejścia się dziejów autentycznych z proponowanymi przez Grimwooda jest 1915. Dzięki podpisaniu pokoju między mocarstwami, I Wojna Światowa nigdy nie staje się światowa - po prostu zostaje zduszona w zarodku. Nie jestem specjalistą od czasów I WŚ, trudno mi więc ocenić, czy taka propozycja jest sensowna, czy rzeczywiście można domniemywać, że bez I WŚ Turcja mogłaby wziąć pod swój protektorat świat islamski aż po Tunezje. Inna sprawa, że historyczne rozważania właściwie w książce nie występują. Całe ta alternatywność dziejów jest czysto pretekstowa. Pomaga uniknąć pytań o źródło tureckiej potęgi, a z drugiej strony pozwala autorowi na większą swobodę w kreowaniu świata. Bohaterem powieści jest ZeeZee, choć tak naprawdę tylko na kilku pierwszych stronach będziemy go znali pod tym imieniem. ZeeZee jest dwudzistokilkuletnim drobnym przestępcą, któremu powinęła się nogą. Pracował dla Triady w Seattle, ale mocodawcy postanowili go poświęcić i wrobili w zabójstwo, którego nie popełnił. ZeeZee wiedział, że nie należy się bronić przed odsiadką. Musiałby zeznawać przeciwko Triadzie, a ta ma długie ręce. Pokornie więc poszedł do mamra. W więzieniu poduczył się walki wręcz i było mu całkiem dobrze. Aż do momentu, gdy ktoś postanawia zorganizować mu ucieczkę z transportu. Dostaje walizkę z tureckim paszportem dyplomatycznym na nazwisko Aszraf al-Mansur, bilet na samolot do Al-Iskandriji i karte kredytową bez limitu. Kto i po co ściągnął Aszrafa (to imię szybko do bohatera przylgnęło) do wolnego miasta w Egipcie (Al-Iskandrija to inaczej Aleksandria)? Skomplikowana sprawa. Ucieczkę zaaranżowała jego ciotka, o której istnieniu zresztą w ogóle do tej pory nie wiedział. Po co? W celach małżeńskich. Oczywiście nie z ciotką miałby się Aszraf żenić. Po kolei: Lady Nafisa al-Mansur uważa, że Raf jest synem jej szwagra, emira Tunisu. Matką była amerykańska dokumentalistka i podrózniczka, która w czasach poczęcia Rafa miała z emirem krótki romans, zakończony trwającym zaledwie kilka dni małżeństwem. W świetle prawa jest więc Raf członkiem warstwy szlacheckiej i to samego jej wierzchołka. O ile oczywiście wierzyć w wersje o jego emirskim pochodzeniu. Lady Nafisa natomiast bardzo potrzebuje arystokratycznego i zdesperowanego krewniaka. Postanowiła poprawić dziury w domowym budżecie wydając młodego człowieka za mąż, za córkę bardzo bogatego, chociaż źle urodzonego przemysłowca. Stara metoda wkupowania się do society przez ożenek dziecka. Hamza effendi, ojciec wybranki, ma już wprawdzie tytuł szlachecki, ale jego chłopskie pochodzenie jest mu ciągle wypominane. Mając za to forsy jak lodu z chęcią przystał na warunki takiego aranżowanego małżeństwa. Próba poznania dwójki młodych ludzi kończy się awanturą, gdyż żadne z nich nie pragnie takiego rozwiązania sprawy. Raf jako jedyny po niej dziedziczy, chociaż wraz z domem w spadku dostaje też pewną bardzo bystrą kilkulatkę. Hani al-Mansur również jest siostrzenicą Nafisy, wziętą na wychowanie po śmierci rodziców. Raf nie jest gotowy na opiekuna, tak jak nie czuł się gotowy do bycia mężem. Co gorsza, wraz z tytułem i rezydencją nie pojawia się żadna większa gotówka, bo wszystko jest bardzo zadłużone. No i oczywwiście władze Al-Iskandriji, z samym chedywem i generałem-gubernatorem na czele podejrzewają Rafa o to zabójstwo. W gruncie rzeczy jako jedyny na nim zyskuje. Ustalenie kto tak naprawdę zabił Nafisę, kto i po co pomógł jej zorganizować ucieczkę Rafa (sama nie miała na to ani pieniędzy ani kompetencji) i kim właściwie jest Raf, zajmuje dalszą część książki. W śledztwie pomaga bohaterowi jego 8 letnia podopieczna, niedoszła żona, jej ojciec, jej przyrodni brat i cała masa innych osób. Powyższe streszczenie na pewno było dość chaotyczne. Usprawiedliwia mnie jedynie to, że sprawa jest tu bardzo zawiła i poprawne jej zarysowanie przekroczyłoby z pewnością rozmiar tej skromnej recenzji. Co gorsza, styl narracji Grimwooda jest pełen retropsekcji i zmian punktu widzenia, co znacznie utrudnia opowiadanie o fabule. Skupmy się więc na czym innym. Sposób opowiedzenia tej historii jest oryginalny, ale też niestety drażniący. Wspominałem już o retrospekcjach, ale w tym nie byłoby by jeszcze nic złego. Niestety, wspomnienia Rafa przytaczane są wyrywkowo i rzadko same z siebie coś wyjaśniają. Koronnym przykładem jest wątek samego pochodzenia naszego bohatera. Raf niedowierza w teorie o swoim ojcu. Według jego wiedzy, pewien młody szwedzki turysta był odpowiedzialny za jego pojawienie się na śiwecie. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że bohater nie utrzymuje kontaktów ze swoją uzależnioną od alkoholu i narkotyków matką. Ale jest jeszcze jeden aspekt. Raf został poddany we wczesnym dzieciństwa całej masie operacji i terapii. NIe było jednak ich celem wyleczenie go z jakiejkolwiek choroby. Raczej danie mu nadludzkich możliwości. I tak, nie wiedząc po co, ma nasz protagonista dodatkowe żebra chroniące organy wewnętrzne, wzmocnione kości, poprawione oczy dające możliość widzenia w ciemności, w podczerwieni itp. Refleks i odpornośc róznież jest tochę podrasowana. No i ma lisa. Lis jest programem rezydującym w jego głowie. Doradza mu i ułatwia życie. Czasami. Bo czasami jest po prostu irytujący. Objawia się bohaterowi co jakiś czas, nikt inny go rzecz jasna nie widzi. Lis jest uszkodzony i nie dysponuje pełnią swoich mocy, ale w krytycznej sytuacji może pomóc. Co ciekawe, mimo wydania ogromnych pieniędzy na modyfikacje Rafa, jego matka nie sprawdziła się w macierzyństwie. Jakkolwiek w dzieciństiwie i wczesnej młodości opłaciła mu znakomitą edukację, był jednak dzieckiem porzuconym. Tułał się od jednej prestiżowej szkoły z internatem do drugiej. Nie bardzo było wiadomo, kto za to płacił, bo trudno sobie wyobrazić niezbędne możliwości finansowe u wiecznie naćpanej zachodzącej gwiazdy niezależnego dziennikarstwa. Czyżby tajemniczy Emir? Emira niestety nie można spytać, bo zerwał kontakty z cywilizacją, wybierając proste życie beduina. Wątek Lisa (nazywa się Tiriganak, co jest eskimoskim określeniem pieśca, czyli lisa polarnego) jest prowadzony tak źle, jak to tylko możliwe. Przez dobrą połowe książki czytelnik nie rozumie, czy Lisa widać, czy tylko słychać, ile w jego obecności jest z halucynacji Rafa i po co właściwie Lis jest. To do pewnego stopnia pewnie było zamierzone, ale mój Boże! Jak to psuje odbiór powieści... Można by sie też czepiać wykorzystania niektórych co bardziej wtórnych pomysłów. Hani, czyli kuzynka którą Raf się opiekuje, jest młodocinym geniuszem komputerowym. Było już w różnych historiach i nigdy nie działało zbyt dobrze. W Robocopie 3 i w Parku Jurajskim na przykład. Sam motyw początkowo niechętnych sobie ludzi skazanych na małeżeństwo przez konwenans i rodziców, którzy stopniowo coraz bardziej się do siebie zbliżają to też stara klisza. Przynajmniej od czasów szczytowej popularności opery (Nobile VerbumMoniuszki chociażby). Na osobne rozważenie zasługują inspiracje i zapożyczenia z Effingera. Duch miasta Al-Isnkandrija jest przedstawiony dobrze i bardzo przekonująco. Dialogi są naprawdę niezłe, do opisów też trudno się przyczepiać. Znalazłem pare rzeczy, które wydaja mi sie błędami rzeczowymi, ale nie jestem pewien czy to na pewno błędy, więc przemilcze. Technologicznie świat zaproponowany przez Grimwooda jest nieco bardziej zaawansowany niż nasz. Inżynieria genetyczna i cybernetyka umożliwiają znacze poprawienie ludzkich osiagów, choć nie jest to powszechne. Internet istnieje, nie jest jednak w powieści istotny. Podobnie sztuczna inteligencja (choć w nastepnym tomie trylogii gra już ogromną rolę). Trudno by było Pasza-Zade zaliczyć do cyberpunku, ale na pewno w postcyberpunku się mieści. Do tłumaczenia nie mam zastrzeżeń. Podsumujmy. Ze wszystkiego co napisałem powyżej, można by wywnioskowaś, że książka mi się niezbyt podobała. Tak nie jest. Podobała mi się, bo przy wszystkich swoich wadach i niedociągnięciach jest tu fajna intryga, sympatyczni bohaterowie i ciekawy swiat przedstawiony. Po prostu Grimwood nie miał ambicji wyznaczania nowych trendów czy przełamywania barier. Chciał napisać powieść sensacyjną z elementami kryminału i thrillera szpiegowskiego w lekko cyberpunkowych dekoracjach. Cel ten osiągnął i jeśli chcecie poczytać coś niezbowiązujacego dla rozrywki, jest to propozycja dla was.
piątek, 27 kwietnia 2012
Obiecałem tekst okolicznościowy, oto on. Ze skąpych źródeł wybrałem informacje weryfikowalne lub chociaż prawdopodobne. Nie daję przypisów, ale jeśli komuś potrzebne namiary na źródła, niech się zgłosi w komentarzach. Pierwszy raz piszę cos pogranicza biogramu i wspomnienia, więc proszę o wyrozumiałość. Dziś mija 10 rocznica śmierci Georga Aleca Effingera. Życie tego fascynującego pisarza nie było usłane różami, jego śmierć - przedwczesna, a dzieła niestety nigdy nie osiągnęły szczytu list bestsellerów. Nawet w USA jest on trochę zapomnianą postacią, co dopiero w Polsce. W ciągu ostatnich paru tygodni przedstawiłem wam trylogię o Maridzie Audran. Wiecie już więc, że bardzo wysoko oceniam umiejętności tego autora. Chciałbym wam teraz opowiedzieć o nim samym. Effinger urodził się w Cleveland w Ohio w 1947, ale kojarzony jest ze stolicą stanu Luisiana, Nowym Orleanem. O ile udało mi się ustalić, jego przygoda z pisarstwem na poważnie zaczęła się w 1970, na jednych z pierwszych warsztatów Clarion. Clarion to trwające okoły 2 tygodni spotkanie początkujących pisarzy fantastyki z bardziej doświadczonymi kolegami. Skupiają się na praktycznych ćwiczeniach z pisania. Warsztaty mają teraz kilka instancji w różnych częściach USA, jest też wersja Australijska. Z Clariona wywodzi się sporo znanych i cenionych pisarzy. Jeff Vandermeer, Bruce Sterling, Cory Doctorow, Kim Stanley Robinson, Ted Chiang i wielu innych. Opowiadania Effingera stworzone przy okazji Calriona spodobały się tak bardzo, że w pierwszej clarionowej antologii, wydanej w 1971, były aż trzy jego prace. Już w rok później opublikował pierwszą powieść, What Entropy Means to Me. Początek pasma sukcesów? Los chciał inaczej. Effinger był ubogi. Wywodził się z biednej rodziny, dodatkowo był poważnie schorowany. Nie znam nazwy tej choroby, ale w jej efekcie przynajmniej kilkanaście razy był operowany. Wycinano mu wciąż odrastające, niezłośliwe guzy jelit. Miał też wrzody żołądka. W USA nie ma (teraz trochę się zmieniło, w każdym razie nie było wtedy) powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. Są dwa sposoby, żeby zabezpieczyć się od kosztów leczenia i rekonwalescencji. Albo przez podjęcie pracy, bo wtedy zobowiązany pokrywać takie koszty jest pracodawca, albo przez prywatne składki w odpowiedniej firmie. Drugi sposób jest dość drogi, dla biednego początkującego pisarza był poza zasięgiem. Kiedy sytuacja majątkowa Effingera nieco się poprawiła, postanowił jednak zapłacić tyle ile będzie trzeba, byle by tylko sobie takie świadczenie zapewnić. Tylko że wtedy jego zdrowie było już w tak złym stanie, że żadna firma nie chciała go ubezpieczyć. Gdyby korzystał ze zbiorowej umowy pracodawcy, świadczeniodawca nie miałby nic do powiedzenia, musiałby objąć Georga opieką. Prywatnie to inna sprawa, nikomu się nie opłacało branie na swój rachunek kogoś, o kim z góry można było powiedzieć, że będzie generował koszty. Co gorsza Effinger popadł w narkomanie i alkoholizm. Przy już i tak zniszczonym organizmie było to straszne obciążenie. Interwencyjną opiekę medyczną świadczył charytatywny szpital dla nowoorleańskiej biedoty. George był tam częstym gościem. Pisywał i publikowął jednak dość regularnie. W latach ‘70 14 książek, w następnej dekadzie - 7. Załamanie przyszło w latach ‘90. Za którymś razem karetka nie mogła zawieźć go do darmowego szpitala. W poważnym stanie trafił na zwykły oddział. Wyszedł stamtąd z rachunkiem, co do którego miał pełną świadomość, że nie będzie w stanie go spłacić. Co gorsza, klinika nie chciała pogodzić się ze stratą finansową i zgłosił do sądu pozew. W Luisianie prawo cywilne dopuszcza zajęcie przez wierzyciela praw majątkowych i autorskich do dzieł dłużnika. Prawnicy szpitala zdając sobie sprawę, że to jedyny wartościowy majątek Effingera w tą właśnie stronę poszli. Dla człowieka mającego jedyną szanse na jakie takie życie dzięki swojej twórczości, taki wyrok mógł być końcem wszystkiego. Nie udało mi się ustalić, jak długo trwała sprawa. Ale chyba dość długo, bo we wspomnieniu o Effingerze Marthy Helpern, pojawia się gorzka uwaga, że George swój najlepszy czas stracił czekając na decyzje sądu. Chodzi o to, że Effinger praktycznie zaprzestał dalszego rozwijania swoich oryginalnych światów i postaci, bo nie chciał, żeby kto inny się na nich wzbogacił. Chałturzył więc na mniej wdzięcznych polach. Napisał jakieś powieści ze świata Star Wars, nowelizacje cyklu gier komputerowych Zork, pisywał na zlecenie do gazet i antologii. Udzielał się też w fandomie telenoweli Days of our Lives, której był wielkim fanem. Paradoksalnie był to jeden z najlepszych okresów jego życia, jeśli chodzi o zdrowie. Na szczęście, na decydującą rozprawę prawnicy szpitala nie przyszli. Są różne wersje tej historii, ale chyba po prostu ktoś w kancelarii pomylił terminy. Sędzia oddalił sprawę, skoro nie stawił się nikt ze strony powoda. Wyrok uprawomocnił się i Effinger został uratowany. Zaczął pracę nad Word of Night, czwartą powieścią o Maridzie Audran. Potem był 11 września 2001 roku. Wydawca oznajmił autorowi, że nie ma szans, żeby w najbliższym czasie wydać powieść, gdzie główny bohater jest Arabem. Marid był tak naprawdę pół-berberem pół-francuzem, ale przy takim politycznym klimacie nic mu to nie pomogło. Poszedł do szuflady. Effinger właściwie przestał pisać. Zmagał się z nasilającym się alkoholizmem i narkomanią i imał różnych zajęć dla przeżycie. W końcu lat ‘90 ożenił się po raz trzeci i wyjechał do Nowego Jorku. Małżeństwo rozpadło się szybko. Kiedy George wrócił do Nowego Orleanu był znowu w bardzo złym stanie. Ostatnie miesiące życia spędził w ośrodku dla wychodzących z nałogu narkomanów. Był tam podobno duszą towarzystwa i wśród mieszkańców, głównie byłych więźniów, cieszył się szacunkiem ze względu na talent do opowiadania. Na wiosnę 2002 roku wziął się w garść i zaczął porządkować swoje notatki i spotykać się z kolegami po piórze. Pogodził sie też z ostatnią byłą żoną. Wstąpiła w niego nowa nadzieja. 27 maja wrócił do swojego pokoju po kolacji i poszedł spać. W nocy pękł jeden z wrzodów i Geroge Alec Effinger umarł wskutek krwotoku wewnętrznego. Niewiele materiałów na jego temat jest dostępnych w internecie. Pojawia się czasem przy okazji we wspomnieniach innych pisarzy. Przyjaźnił się, choć głównie korespondencyjnie, m.in. z Robertem Heinleinem, Gardnerem Dozois, Harlanem Ellisonem i Georgem R.R. Martinem. Podobno przezywano go “Prosiaczek”. Wszyscy byli mu życzliwi i nie skąpili pochwał, ale nie da sie ukryć, że był bardziej pisarzem pisarzy niż pisarzem czytelników. Ten gorzki los dzielił z innymi wielkimi szeroko pojętej fantastyki, by wymienić tylko H.P. Lovecrafta, czy Philipa K. Dicka. Najlepiej zapamiętane z całej twórczości zostały zdecydowanie powieści z cyklu audranowskiego. Cała dzielnica Budajin jest lekko tylko podrasowanym opisem French Quarter, dzielnicy, w której autor mieszkał. Specjaliści o Nowego Orleanu podobno nawet zidentyfikowali niektóre osoby (Layla) i knajpy (Frenchy’s Bar) z kart powieści. Wątek transseksualizmu, widoczny wyraźnie w tych książkach wziął się podobno z obserwacji życia męskich prostytutek, zbierających się i polujących na klientów w okolicznych barach i spelunach. Pijaństwo i prochy Audran odziedziczył po swoim twórcy. Ale Effinger pisywał nie tylko cyberpunk, także zwykłe kryminały, dużo prześmiewczej fantasy (jak cykl o Muffy Birnbaum i opowiadania o asteroidowym mieście New Springfield, pisane pod pseudonimem O. Niemand). Nie bał się eksperymentów. W jego wcześniejszych powieściach pojawiały się na przykład quizy miedzy rozdziałami i różne inne bezpośrednie odwołania do czytelników. Nigdy nie wydana w Polsce powieść Wolves of Memory jest szczególnie godna uwagi, bo jej bohater, Sandor Courane, jest porte parole autora, a sama akcja opiera się podobno w dużym stopniu na wątkach autobiograficznych. Pisanie tego krótkiego tekstu sprawiło mi przykrość, bo historia życia tego wspaniałego autora jest pełna rozpaczy i smutku. Effinger najbardziej podobno chciał być zapamiętany. Ten skromny tekst ma być moim małym wkładem w ten cel. A i jeszcze jedno: Z tego co wiem po polsku ukazało się tylko Kiedy zaawodzi grawitacja i jedno opowiadanie o Muffy Birnbaum. Bardzo bym chciał, żeby jakiś odważny wydawca wziął się za resztę.
UZUEPEŁNIENIE: W komentarzach zwrócono mi uwagę, że pomyliłem się jeśli chodzi o wydane w Polsce opowiadania Effingera. Było ich przynajmniej dziesięć.Ale tylko co do 2 mam pewność, że ukazały się książce.
piątek, 20 kwietnia 2012
Mam nadzieje, że przed końcem miesiąca uda mi się napisać o Pasza-Zade, Efendim i Fellachach, czyli o Trylogii Arabeska Johna Courtnaya Grimwooda. Książki te są często porównywana do omawianego w trzech poprzednich wpisach cyklu o Maridzie Audran Effingera, stąd biorę się za nie właśnie teraz. 27 kwietnia, czyli w 10 rocznicę śmierci, będzie dłuższy tekst o samym Effingerze. Istenieje też szansa, że do tego czasu wpadnie mi w ręce książka Budayen Nights, czyli zbiór wszystkich opowiadań w świecie Marida Audran, wydany w 2002 już po śmierci autora. Jak widzicie jest o czym pisać. W tym roku będzie też napewno niespodziankowy tekst na dzień dziecka. Ukaże się 1 czerwca rzecz jasna. Serio. Wiem już nawet o jakim będzie filmie. Na ten temat będę jednak milczał jak grób, aż do publikacji.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Wydawnictwo: Doubleday Przekład: brak Wydano w Polsce: powieść nigdy nie wydana w Polsce Oryginalne Wydanie: 1991
Dziś przedstawiam Wam trzecią część przygód Marida Audran, równie dobrą co obie poprzednie. Podobnie jak A Fire in The Sun nie wydano jej niestety nigdy w Polsce. Za inspiracje dla tytułu tym razem posłużył cytat z Szekspira. Oh, kiss long as my exile, sweet as my revenge! (O, cóż bym dał za jeden pocałunek! Długi jak moje wygnanie i słodki jak zemsta - przekł. Stanisław Barańczak) Co zdradza nam poniekąd o czym będzie książka. Wygnanie i zemsta stanowią tu główną oś całej historii. Książka składa się tak naprawdę z dwóch części. Pierwsza, nieco krótsza, to oczywiście tytułowe wygnanie. Kilka wątków związanych z życiem społeczności nomadów i tym jak XII wiek wpływa na oddalone od centrów technologicznych okolice. Audran i Bej podróżują ze swoimi wybawcami dość długo, więc czytając miałem wrażenie, że to będzie właściwa treść książki. I jakkolwiek te pierwsze rozdziały są ciekawe, to nie zbliżają do zemsty na Abu Adilu. Kiedy ostatecznie akcja przenosi się z powrotem do Budajin, szczerze mówiąc miałem obawę, że książka jest źle zbalansowana i długość części pustnnej nie ma uzasadnienia. Myliłem się, co jeszcze raz potwierdza, że Effinger dobrze wiedział co robi. Bo oczywiście długie przebywanie w rządzonym przez jasne, choć niekiedy okrutne zasady plemieniu nomadów pozwala obu bohaterom trochę się zmienić. Friedlander Bej pokazuje więcej autentycznych emocji, a Audran ma szanse uporządkować swój kodeks etyczny. Zwłaszcza, że przy okazji podróży z Bani Salim ma okazje śledztwo w sprawie zabójstwa i jego reperkusje. W końcu jednak obaj bohaterowie wracają cali i zdrowi do Budajin. Doprowadzają do wznowienia swego procesu i dostają miesiac wolności na udowodnienie swej niewinności. Zaczyna się wyścig z czasem. Po poierwszę chcą zemścić sie an Hajjarze i osłabić pozycje Abu Adila, po drugie zaś ustalić kim jest prawdziwy zabójca. Nie ma natomiast mowy o bezpośredniej zemście na Adilu. Z przyczyn które nie są do końca wyjaśnione, Friedlander Bej zakazuje Maridowi jakiejkolwiek bezpośredniej akcji przeciwko swojemu konkurentowi. Czuje się ciagle związany zawartym kiedyś paktem o nieagresji, nawet jeśli druga strona go nie przestrzega. Dochodzenie w sprawie własnej niewinności wymaga bardzo delkatnego podejścia. Marid wraca do pracy na posterunku, uzyskuje zgodę an sekcje zwłok i rozpoczyna rozplątywanie skomplikowanego węzła wydarzeń. Dopiero pod koniec książki widać, jakie znaczenie dla budowania postaci miały sceny z pierwszych “pustynnych” rozdziałów. Marid załatwia sprawę i wymierza sprawiedliwość zupełnie inaczej, niż załatwiał takie sprawy w poprzednich książkach cyklu. Nagle się okazuje, ża wszystko czego nauczył się i co przeżył u beduinów ma jakieś znaczenie, z wszystkiego wynikają konsekwencje. Oczywiscie nie przychodzi to bohaterowi łatwo. W mieście rosną w siłe paramilitarne, faszystowskie bojówki. Marid musi z resztą do jednej z nich przystąpić, bo wmanewrował go w to Abu Adil. Przejmuje też coraz wiecej obowiązków Papy, łącznie z tymi czysto kryminalnymi. Zleca zabójstwo, angażuje się w wielki przekręt handlowy zwiazany ze sprzedażą temrinali sieciowych i przejęciem od miasta usługi darmowego dostępu do sieci informacyjnej, rozlicza swoich dawnych stronników i przyjaciół za ich nielojalności. Jednoczesnie Marid przeżywa swoje rozterki, podobnie Friedlander Bej. Ich wzajemne relacje to polepszają się, to pogarszają. Zresztą obaj wiedzą, że są na siebie skazani. Marid zdaję sobie sprawe, że już nigdy nie wróci do normalnego życia, a Bej wie, że czas wyznaczyć następce. Ta nieunikniność dalszej współpraca jest zresztą dobrze uzasadniona, tylko nie chcę wam zdradzać w jaki sposób. Jeśli chodzi o budowanie postaci, motywacji dla bohaterów i pokazywanie ich przemian i wątpliwości, Effinger okazuje się być naprawdę mistrzem. Obraz trochę psuje bardzo nieumiejętnie wprowadzony do książki wynalazek, czyli metoda określania po obrażeniach, z którego pistoletu elektrycznego strzelano. To odkrycie nie jest jeszcze uznawane przez sąd, ale Marid nie zamierza isć z dowodami do sądu. Problem tylko w tym, że wyjaśnienie mechanizmu pozwalającego przypasować broń elektrycnzą do zmian w sercu postrzelonego jest bardzo wymuszone i naprawdę nieprzekonujące. Sama metoda ma w sumie na końcu dla fabuły mniejsze znaczenie, niż to się pierwotnie wydaje, ale mimo wszystko jej naiwność drażni. W książce jest też przynajmniej jeden błąd. W każdym razie na tyle, na ile wiem, może Effinger wiedział lepiej. Chodzi o to, że wyrok qadiego (sędziego), w wyniku którego bohaterowie zostają wygnani, zapada bez rozprawy i na podstawie zeznań jednego świadka. O ile wiem, jedną z reguł szariatu w sprawach karnych, zwłaszcza z kategorii hudud, czyli przestępstw uznawanych za bezpośrednią obrazę Boga, takich jak szerzenie niepokojów w społeczeństwie, (na przykład zabójstwo z premedytacją przedstawiciela władzy cywilnej bądź religijnej) jest konieczność wystąpienia przed sądem przynajmniej dwóch wiarygodnych świadków oskarżenia i posiadania wyraźnych dowodów winy. Możliwe, że w różnych krajach muzułmańskich są różne podejścia do tego tematu, ale najpewniej Effinger poświęcił tu trochę realizm na rzecz fabuły. Ponownie nie mogę się wypowiedzieć o jakości wydania, bo i tym razem czytałem książkę na ebooku. Znakomita lektura, znakomity autor, jeżeli tylko umiejętności językowe wam na to pozwalają to nie czekajcie, tylko sięgajcie po cały cykl.
środa, 18 kwietnia 2012
Wydawnictwo: Bentam Dell Publishing Group Przekład: brak Wydano w Polsce: powieść nigdy nie wydana w Polsce Oryginalne Wydanie: 1989
Niestety, ta książka raczej po polsku nie wyjdzie. Na pewno nie w najbliższym czasie. Wydawnictwo Dolnośląskie chyba nie jest zainteresowane dalszym wydawaniem Effingera. Pewnie dlatego, że Kiedy zawodzi grawitacja sprzedawała się z tego co mi wiadomo słabo. Nie wiem czy kupili prawa do wszystkich trzech powieści, czy tylko do pierwszej, ale w obu przypadkach źle to wróży. Nikt inny nie będzie zainteresowany wydawaniem trylogii bez pierwszego tomu, nawet jeśli prawa dałoby się odkupić. Ogromna szkoda.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Autor: George Alec Effinger Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie Przekład: Jarosław Włodarczyk Wydano w Polsce: 2006 Oryginalne wydanie: 1987
Istnieje pewna tendencja u co mniej zorientowanych komentatorów i krytyków, żeby cyberpunk traktować po prostu jako implementacje czarnego kryminału na gruncie fantastyki naukowej. W dużym stopniu wynika to z niesłabnącej popularności Łowcy androidów, gdzie ten styl był widoczny. Niemniej jednak, jeżeli popatrzeć na klasyczne powieści cyberpunkowe, to akurat czarnego kryminału właściwie w nich nie ma. Ani w Trylogii Ciągu Gibsona, ani u Pat Cadigan, Bruce'a Sterlinga, Joan Vinge, Waltera Jona Williamsa... Jest go za to sporo w postcyberpunkowych dokonaniach Morgana czy Grimwooda. Kiedy więc nastąpił przełom? Kto przetarł ten szlak? Pierwszą faktycznie cyberpunkową powieścią, jaką potrafię wymienić, która jednocześnie była czarnym kryminałem, jest Kiedy zawodzi grawitacja. Używając szufladki “czarny kryminał” trzeba zresztą bardzo uważać. Określenie to jest często nadużywane i przez to traci znaczenie. Przypadek Kiedy zawodzi grawitacja nie pozostawia jednak żadnych wątpliwości. Są tu dokładnie wszystkie wyznaczniki tego gatunku. Czyli po kolei: stosowanie narracji pierwszoosobowej, osadzenie akcji w dużym mieście, które bohater dobrze zna, obsadzenie w w głównej roli faceta zmęczonego życiem, często pijącego ponad miarę, niestroniącego od uciech cielesnych, pokazywanie moralnej dwuznaczności, bądź wręcz zgnilizny wielkomiejskiego życia. Związek z czarnym kryminałem nie ogranicza się tu do powierzchownej inspiracji, cała fabuła zorganizowana i opowiedziana jest w sposób przynależny do tej konwencji. Czego przy okazji Effingerowi udało się uniknąć, to powiewu skansenu, cepelii, wzbudzenia u czytelnika wrażenia, że wskrzesza trupa albo po prostu bawi się formą. Zupełnie nie. Effinger korzysta z tej stylistyki jako z języka, w którym opowiada swoją historię. Przyjrzyjmy się jej. Sceną, na której toczyć się będzie akcja powieści jest Budajin. Jest to dzielnica uciech w nieznanym nam z nazwy arabskim mieście. Nie wiemy w jakim kraju dzieje się akcja. Można się domyślać, że jest nad morzem śródziemnym (w paru miejscach wspomniani są greccy marynarze), na Półwyspie Arabskim (główny bohater pochodzi z Algierii i jego rozmówcy często wypominają mu zachodnioarabskie pochodzenie) i na zachód od Turcji (o Turcji mówi się w książce jako o zagranicy, na wschód zaś od Turcji nie mieszkają Arabowie). Miasto mieści się więc gdzieś na terenie dzisiejszego Izraela, Libanu, Jordanii lub Syrii. Większość wydarzeń będzie miała miejsce we wspomnianej jednej dzielnicy. Głównym bohaterem jest Marid Audran, urodzony w Algierii syn miejscowej prostytutki i francuza. Marid pracuje jako prywatny detektyw i ledwo wiąże koniec z końcem. Poznajemy go, kiedy w barze spotyka się z facetem, który chce go zatrudnić. W wyniku czegoś, co na początku wydaję się nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, ewentualny klient ginie. Ta śmierć staję się pierwszą z wielu. W Budajin zaczynają ginąć ludzie, część od nieużywanej już od wielu dziesiątek lat broni palnej, a część zgwałcona, torturowana i uduszona. Zamieszanie spowodowane zgonami nie podoba się Friedlanderowi Bejowi, miejscowemu ojcu chrzestnemu. Audran również chce rozwiązać sprawę, ale stara się uniknąć pracy dla Beja. Obawia się, że raz przyjąwszy od niego pieniądze, na zawsze pozostanie już z nim związany. Jak widać sama intryga kryminalna wygląda dość konwencjonalnie. Nie będę tego twierdzenia uzasadniał, ale fabułą przypomina nieco Imię róży. Rzućmy jednak okiem na świat przedstawiony. Autor zaproponował wizję świata rozdrobnionego. Zarówno Europa jak i USA rozpadły się na dziesiątki słabych i nietrwałych państw. Uległy więc czemuś, co nazywa się “bałkanizacją”. Kraje Arabskie zdają się być w nieco lepszej formie. Piszę “wydają się”, bo trudno wnioskować o geopolityce z książki kryminalnej. W każdym razie wiemy, że islam włada sporą częścią świata. Nie są to jednak rządy teokratyczne. Wprawdzie religia ma bardzo ważne miejsce w życiu publicznym, ale obszary wolne od jej wpływu są jak najbardziej tolerowane. Jest to więc islam oświecony. Z wolności od przestrzeganie przykazań Koranu korzystają ochoczo mieszkańcy Budajin. Alkohol leje się więc wartką strugą, prostytutki obydwu płci wabią klientów, a całość przypomina karnawał w Sincity. Marid jest średniozaawansowanym degeneratem. Dużo pije, a przede wszystkim bierze narkotyki w hurtowych ilościach. Pomimo że nadrabia miną i odnosi się do swoich trucizn z ogromnym entuzjazmem, czytelnik nie ma wątpliwości, że jest to dla Audrana problem. Sposób w jaki mówi o swoich prochach, przypomina ten jakim posługuje się dr. House ze znanego serialu. Jest niezdrowy. Ale łatwodostępne i tanie narkotyki to nie jest nic egzotycznego. Co innego powszechność transseksualizmu. Zmiana płci jest bardzo częsta, zwłaszcza z mężczyzny na kobietę. Nie jest to nigdzie wprost wyjaśnione, ale wydaje się, że wynika to z powszechnego ubóstwa i chęci zarabiania jako prostytutki. Trochę też z mody. Być może w islamskim kraju mogłoby to mieć cień sensu - normalne kobiety nawet gdyby chciały, często nie mogłyby się prostytuować, bo stanowiły własność pierw ojców i braci, później mężów. Braki na rynku kobiet zastępowaliby więc mężczyźni. Tylko chyba klientom nie byłoby tak zupełnie wszystko jedno. W wizji Effingera jest. Nikt nie robi z tego sprawy, chociaż większość dziwek to faceci po przeróbce, albo nawet tylko przebierańcy. Duchowni nie są tym zachwyceni, ale skoro Koran nie zakazuje zmiany płci, to nic nie mogą zrobić. Zazwyczaj bezlitośnie czepiam się takich rzeczy. Bo naprawdę trudno mi uwierzyć w taką “genderyzacje” ludzkiej seksualności. W sprowadzenie płci wyłącznie do konwencji kulturowej. Ja rozumiem, że “byt określa świadomość”, ale jednak. Nie bardzo też wydaję mi się prawdopodobne, żeby w państwach islamskich tak liberalnie podchodzono do tak dużej ingerencji w wolę bożą. Zwłaszcza, że jest tu ona bardzo powszechna. A jednak w Kiedy zawodzi grawitacja ten wątek tak dokładnie pasuje do klimatu zepsutego Budajin, tak bardzo pomaga określić skalę odjechania, że naprawdę trudno się czepiać. Transpłciowość, czy posptłciowość nie jest elementem realnej futurologii, lecz rekwizytem służącym do wywoływania konkretnych wrażeń w czytelniku. I w tej roli sprawdza się znakomicie. Drugim aspektem zupełnie innym od świata realnego, są wszczepy. Wiele osób ma odpowiednie implanty wszczepiane do mózgu. Na głowie mają gniazda na mody i dady. Dady to rozszerzenia z konkretnymi umiejętnościami - na przykład językiem, albo jakąś wiedza branżową. Coś jak czipy w RPG Cyberpunk 2020 albo Umiem-softy z Shadowruna. Mody natomiast, to sztuczne osobowości. Podobnie jak u Pat Cadigan w Mindplayers i Głupcach, w świecie stworzonym przez Effingera można wgrywać sobie inną osobowość. Jaźń (w sensie poczucie ja i ciągłości istnienia) pozostaje ta sama, ale podejście, odruchy i priorytety ulegają zmianie. Zmiana osobowości może być częściowa, na przykład wzmocnienie jakiejś cechy, albo pełna. Pełne osobowości to często postaci z popkultury lub historii. Część modów ma konkretne zastosowania, część służy zabawie, wielu używa się do seksu. W odróżnieniu od propozycji Cadigan, gdzie ludzie kupowali bądź dzierżawili osobowość raczej na dłuższy czas, tutaj włożenie i wyjęcie moda zajmuje tylko chwilkę. W trakcie swoich ponurych przygód, Audran będzie na przykład polował na człowieka, który nosi moda Jamesa Bonda. To się może wydawać zabawne, ale po pierwsze jest to raczej oryginalny James Bond z powieści Flemminga (w odróznieniu od filmowych Bondów cham i damski bokser), po drugie, ktoś autentycznie posługuje się jego psychiką by skuteczniej zabijać ludzi. Marid początkowo nie ma wszczepów i nie wzbudzają one u niego zbyt ciepłych uczuć. Żeby dopaść przeciwnika decyduje się jednak na ich instalacje. Dobrze rozwiązana jest narracje, kiedy Marid działa pod wpływem modów. Raptem staję się trzecioosobowa, co podkreśla wrażenie obcości, towarzyszące bohaterowi przy korzystaniu z cudzej osobowości. Zwrócenie uwagi przez autora na taki detal, pokazuje jak dopracowana jest ta powieść. Narkotyki, transsesksualizm powszechny jak nigdy wcześniej, przemoc, ingerencje w ludzkie ciało i w ludzką duszę. XXII wiek to ciekawe miejsce. Powieść jest fascynująca. Marid jest pyskaty i ciągle dowcipkuje, puszczając trochę oko do czytelnika. W odróżnieniu od omawianej niedawno trylogii Parish Plessis Marianne de Pierres, tutaj ten zabieg działa. Dzielnica Budajiin wraz ze swoimi dziwactwami i tętniącym życiem stanowi naprawdę wspaniałe tło dla pełnej przemocy historii. Autor unika jak może uproszczeń i naiwności, więc czytelnik chętnie zawiesza niewiarę. Dobrym przykładem jest, że kiedy Marid instaluje swoje wszczepy, to leży w szpitalu 6 tygodni. Effinger umiał w finale powieści położyć bohatera na półtora miesiąca do szpitala i nie stracić tempa! Ba, jeszcze lepiej, sceny dziejące się w szpitalu mają swoje znaczenie i jakkolwiek nie popychają akcji do przodu, to obrazują rozwój głównego bohatera. I może to jest tu klucz do sukcesu, że budowanie postaci nie kończy się w pierwszych rozdziałach. Audran cały czas ulega rozwojowi i zmieniają się jego motywacje. To nadaje mu kolejne wymiary z każdym rozdziałem. Czytelnik, nawet jeśli go nie lubi, rozumie go. Osiągnięcie takiego efektu dobrze świadczy o klasie pisarza. Pewną ciekawostką jest, że za inspiracje do stworzenia niebezpiecznego i gwarnego Budajin, jak również i wielu postaci z powieści, była dzielnica French Quarter w Nowym Orleanie. Biedna i zabawowa okolica w stolicy jednego z uboższych stanów USA, w której Effinger przeżył znaczną część swojego krótkiego życia. Sam bardzo blisko zaprzyjaźniony ze światem chemicznych używek i permanentnie walczący z biedą, spędzał czas upijając się w ponurych spelunkach, gdzie przesiadywały męskie prostytutki i transwestyci. 27 Kwietnia, w dziesiątą rocznice śmierci Effingera, poświęcę mu osobny tekst i napiszę trochę więcej o jego nowoorleańskich latach. Inszallach Słów kilka o polskim wydaniu - czekaliśmy na nie prawie dwadzieścia lat. Okładka nawet w klimacie, tłumaczenie dobre. Błędów jest dosłownie kilka, choć niektóre zaskakujące. Na przykład a propos jednej z ważnych postaci, Hassana Szyity, czytamy że stanowił “platoński ideał” kupca. Raczej idee. A już najbezpieczniej napisać, że archetyp, bo w tym kontekście o to właśnie chodzi. Drugi błąd to bezsensowne przetłumaczenie z angielskiego basmali, czyli zdania “W imię Boga sprawiedliwego, miłosiernego” jako “...hojnego, miłosiernego”, zamiast posłużyć się przyjętym polskim przekładem tego arabskiego błogosławieństwa. No i używanie angielskiego terminu "Środkowy Wschód" zamiast przyjętego u nas Bliskiego Wschodu. Ale ostatecznie to są zupełne detale. Przytaczam je jedynie z kronikarskiego obowiązku. Kiedy zawodzi grawitacja jest pierwszym tomem trylogii. O dwóch następnych napiszę wkrótce.
piątek, 13 kwietnia 2012
Mili moi, W trakcie weekendu pojawi się wpis o książce Kiedy zawodzi grawitacja George'a Aleca Effingera. W następnej kolejności dwie jej kontynuacje, nigdy u nas nie wydane A fire in the sun i Exile kiss. Wszystkie trzy książki są bardzo dobre, co jest dla mnie pewną ulgą, po czterech omawianych poprzednio :).
czwartek, 05 kwietnia 2012
Wydawnictwo: Zysk i S-ka Wydano: 2009
Oceniam książki po okładkach. Przynajmniej robię tak w pierwszym odruchu. Nie mogłem więc przejść obojętnie obok Mediapolis. Może ilustracja nie kojarzy się z książka szczególnie mądrą, ale przynajmniej jest ładna. Nota wydawcy umieszczona z tyłu obiecuje czytelnikowi godnego następce Łowcy androidów, Roku 1984 i V jak Vendetta. Miałem mieszane uczucia, bo po pierwsze te trzy znakomite w swojej klasie dzieła, nie mają za wielu punktów wspólnych, po drugie poprzeczka umocowana tak wysoko raczej nie wróży sukcesu. Niestety miałem rację. Mediapolis to dystopia i tak naprawdę najwięcej ma wspólnego właśnie z Rokiem 1984 Orwella. Oto istnieje sobie państwo-miasto zwane Złotą Republiką, które rządzone jest przez teokratyczny rząd z arcykapłanem na czele. Teokracja przy tym rości sobie prawo do inwigilacji obywateli, monopolu informacyjnego i utrzymywania własnych, fanatycznych sił zbrojnych. Kompletnie przy tym lekceważy jakiekolwiek potrzeby obywateli. Każdy z grubsza ma gdzie spać i każdy dostaje za darmo niedający się wyłączyć telewizor. Poza tym nędza i przestępczość. W tych zgoła niewesołych okolicznościach rozkwita romans Abla i Anny. Abel niewiele wie o swojej kochance, spotyka ją zawsze nocami i sypiają po motelach. Oczywiście nielegalnych, gdyż stosunki pozamałżeńskie są karalne. Kiedy Anna mówi mu, że widzą się ostatni raz, niedowierza. Dopiero gdy dziewczyna naprawdę znika, nasz bohater rzuca się wir poszukiwań. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że Abel jako jedyny umie wyłączać telewizory. Nie po prostu uszkodzić, gdyż takie działanie powoduje tylko automatyczne pojawienie się serwisu, ale wyłączać bez zwracania uwagi. Z jednej więc strony on szuka dziewczyny, z drugiej jest poszukiwany przez władze. Żeby jeszcze odrobinę całą sprawę skomplikować, bohater podpada podrzędnemu tajniakowi w swoim zakładzie pracy. Grożąc szpiclowi demaskacją, wymusza na nim dostęp do katalogu obywateli. Szantaż pozwala mu osiągnąć cel, czyli poznać adres Anny, ale też powoduje u szantażowanego chęć odwetu. Rufus, bo tak się ów funkcjonariusz reżimu nazywa, skrzykuje więc kumpli i w tajemnicy przed przełożonymi, prywatnie polują na Abla. Miasto jest ponurym, pełnym przestępczości molochem. Odyseja Abla zmusza go do odwiedzenia najgorszej dzielnicy, walki z mieszkającymi tam satanistami, a wreszcie przyłączenia się do ruchu oporu. Wielki Kapłan tymczasem ma swoje kłopoty ze sponsorami - bo oczywiście nie jest on wcale nadrzędną władzą w mieście. Nie chcę psuć zabawy, więc nie podam wam tytułu jedynego filmu, do którego książka jest naprawdę podobna. Nie jest to jednak na pewno Łowca androidów. Szkoda, że autor postanowił tak dużo zdradzić czytelnikowi tak wcześnie. W rezultacie gdzieś w połowie wiadomo już wszystko, czego warto się dowiedzieć. Jak widzicie historia nie poraża oryginalnością. A jak z wykonaniem? Raczej słabo. W pierwszych kilku rozdziałach Kopecki chce koniecznie przekazać nastrój miasta i przedstawić Abla jako wypalonego twardziela. To drugie się nawet udaje, ale naprawdę, takich bohaterów w kinie i książkach było już mnóstwo - i sam Abe jest postacią jakich pełno. Nie ma w nim nic oryginalnego. Starania autora, żeby podkreślić jego zmęczenie i wypalenie są komiczne. W połowie co drugiego opisu chcę się krzyknąć - “dobra rozumiem, gdyby to był film grałby go Mikey Rourke” (jakoś mi się ten aktor kojarzy z takimi rolami). Samo budowanie klimatu miasta jest przeprowadzone jeszcze bardziej niezręcznie. Styl jest przesadny, przymiotników za dużo, za mało luzu. Na szczęścia dla czytelnika autor się uspokaja po kilku rozdziałach. W paru miejscach nawet zahacza o satyrę, zwłaszcza gdy opisuje perypetie Rufusa i jego przyjaciół, którzy co rusz włażą w paradę oficjalnemu pościgowi. Nie mniej jednak, cała książka nie mówi nam o dystopii nic nowego. Dosłownie nic. Rok 1984 jest w swojej wymowie znacznie okrutniejszy, Nowy Wspaniały Świat ciekawszy fabularnie i ma lepiej dopracowane założenia, V jak Vendetta ma lepsza intrygę i dramatyzm, powieści Zajdla mają tchnienie autentyzmu... Nie ma żadnego obszaru, w którym Mediapolis wybijałoby się ponad przeciętność, za to sporo jest takich, gdzie odstaje in minus. Jako próbka talentu autora od biedy może być, ale nawet na to jest trochę zbyt wtórna i przede wszystkim nie spełnia założeń swojego gatunku. Bo jak każda dystopia, tak i ta książka każe nam się czegoś bać. Tym razem są to media i instrumentalnie wykorzystywana religia. Nie sądzę, żeby komukolwiek towarzyszyło uczucie strachu przy lekturze. To akurat, że religia właśnie zostaje użyta do zniewolenia społeczeństwa jest dla fabuły zupełnie nieważne. Książka wyglądałaby zupełnie identycznie, gdyby kapłanów zastąpić oficerami albo technokratami czy naukowcami. A pretekstowe wykorzystanie dekoracji to jest akurat grzech, którego dystopii nie można wybaczyć. Jak ktoś się uprze to niech czyta dla zabawy, tym bardziej, że książka nie jest gruba i w Matrasie można ją kupić za 5pln. I to są jedyne argumenty na tak. Podobnie jak w przypadku omawianej w poprzednich postach trylogii Parish Plessis Marianne de Pierres, jedyne co zwraca uwagę to realistyczne oddanie przemocy i cynizm większości postaci. Przemoc i cynizm to jednak tylko przyprawy - jak jest dobre danie to mu pomogą, ale na pewno go nie zastąpią i to jest dokładnie to, co myślę o Mediapolis. Wydawnictwo: Solaris Przekład: Dariusz Kopociński Wydano w Polsce: 2007 Oryginalne wydanie: 2005
Wreszcie tom trzeci i ostatni. Cieszę się, bo już zaczynałem do tego cyklu cierpliwość tracić. I to pomimo tego, że z każdą następną książką było ciut lepiej. Po prostu jak się startuje z odpowiednio niewysokiego pułapu, to nawet spora poprawa bywa niedostateczna. Tym razem Parish usiłuje ustalić, kto konkretnie w mediach sponsorował Ika i Tulu. Najpierw więc korzysta z cyberprzestrzeni, żeby włamać się do sieci systemu więziennictwa (Ike został warunkowo zwolniony z paki), potem rusza do Vivacity karać winowajców. Żeby w ogóle marzyć o dotarciu do wysoko postawionych ludzi mediów, trzeba jednak najpierw wymyślić, gdzie można by ich spotkać. Włodarze świata rzadko spacerują po ulicach. Nasza bohaterka dowiaduje się, że najlepszym miejscem, żeby się zasadzić, jest elegancki burdel. Włamywanie się tam nie ma sensu, trzeba po prostu dostać tam pracę. Sam pomysł obsadzenia agresywnej i do tego brzydkiej Parish w roli kurtyzany jest zabawny. W 21 wieku brzydota jest kwestia łatwo uleczalną, więc jedna wizyta u odpowiedniego specjalisty pozwala skorygować mankamenty. Gorzej z usposobieniem. Z pomocą przyjaciół udaje się przygotować dla Parish nowe dokumenty i fikcyjną historię. Zostaje amorato, czyli licencjonowaną prostytutką wysokiej klasy. Mając namiar na bardzo zdolnego hakera, pracującego w jednym z burdeli, zdobywa tam prace. Masa rzeczy w tej powieści dzieje się z niejasnych przyczyn. Przeczytałem książkę bardzo uważnie i dalej nie rozumiem na czym dokładnie polegał plan Parish. Czemu jej przeciwnicy reagują tak jak reagują też nie było dla mnie jasne. Sam motyw z udawaniem dziwki, żeby dostać się do vipa jest stary i ograny. Trochę ratuje sytuacje, że pomysł funkcjonowania świata płatnej miłości i jego technicznego zaplecza jest dobrze zrealizowany. W odróżnieniu od obu poprzednich części trylogii, tutaj napięcie nie wynika z ciągłych strzelanin. Przemocy oczywiście nie brakuje, ale sporo jest też intrygi. Dużo więcej uwagi poświęcono też motywacji bohaterów i ich wzajemnym relacjom. Pod względem dopracowania jest więc lepiej niż poprzednio. Cała akcja dzieje się w głównej mierze w Vivacity, rys cyberpunkowy jest więc wyraźniejszy od postapokaliptycznego. Książka nie stanowi zamkniętej całości. Zakończenie pozostawia miejsce na sequel i jak znam życie ten pewnie powstanie. Tylko co z tego? Przekopywać się przez dwa poprzednie tomy, tylko po to żeby przeczytać ten nie bardzo warto. Mogłoby być dużo lepiej, gdyby za książką dało się nadążyć. Poziom skomplikowania planów Parish i jej stronników znacznie utrudnia odbiór fabuły. Na osobną uwagę zasługuje wizja sieci. Jest bardzo klasycznie. To właściwie bardziej retrofuturyzm niż science fiction - tak sobie wyobrażano cyberprzestrzeń w latach ‘80. Szkoda, że Marianne de Pierres nie chciało się wymyślić czegoś własnego. Podkradanie z Neuromancera to nie jest najbezpieczniejszy pomysł, zwłaszcza 20 lat po jego publikacji. Spróbujmy teraz scharakteryzować trylogie Parish Plessis jako całość. Jest to mieszanina cyberpunku i postapokalipsy, nieposiadająca właściwie żadnych własnych cech. Widać wyraźną inspiracje literaturą fantasy i braki warsztatowe autorki. Brutalna rzeczywistość przedstawiona jest całkiem przekonująco. Główna bohaterka ma wiele cech pożyczonych od Molly Millions alias Sally Shears alias Rose Kolodny z Trylogii Ciągu (chłód emocjonalny, podejrzliwość, psychologiczną traumę na tle seksu) i raczej nie mogą to być zbieżności przypadkowe, skoro sama de Pierres wymienia Gibsona jako jednego ze swoich ulubionych autorów. Dość ciepłe przyjęcie z jakim książka spotkała się w Australii pozostaje dla mnie zagadką. Czytadło, do tego przydługie. Może się podobać, ale raczej nie zachwyci. Szkoda. Niewiele więcej wysiłku i byłoby dużo lepiej. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi
Konkurs na blog roku 2011
Polecane strony o fantastyce
Tagi
|