|
piątek, 13 stycznia 2012
Z wrodzonym sobie brakiem samokrytycyzmu zgłosiłem Zieloną do konkursu blog roku w kategorii kultura. Głosować można wysyłając smsa o treści E00209 Na numer 7122 Kosztuje to 1,23 brutto a głosować można do 19.01
Wszystkich fanów oczywiście zachęcam! Z góry dziękuje.
wtorek, 10 stycznia 2012
Wydawnictwo: ISA Tłumaczył: Marek Pawelec Wydano w Polce: 2006 Oryginalne wydanie: 2005
Trzecia i ostatnia odsłona przygód Takeshiego Kovacsa pod względem fabuły mieści się gdzieś
niedziela, 08 stycznia 2012
Wydawnictwo: ISA Tłumaczył: Marek Pawelec Wydano w Polce: 2004 Oryginalne wydanie: 2003
Pisząc o Modyfikowanym węglu usiłowałem wykazać, że to naprawdę dobra książka, choć wtórna i raczej pozbawiona głębszej refleksji. Wszystkie te zastrzeżenia mam też do jej kontynuacji. A jednak tu również mamy do czynienia z bardzo ciekawą powieścią. Upadłe anioły dzieją się trochę po zakończeniu akcji pierwszej części. Kovacs nie jest już detektywem, wrócił do swojego podstawowego zajęcia – wojny. Wojny brudnej, upadlającej, niesprawiedliwej i toczonej przez dwie siebie warte strony. Znacznie bardziej niż w przypadku Węgla, widać tu przekonania autora. Jest to zresztą chyba zabieg celowy, bo w podziękowaniach jako inspiracje wskazuje Robin Morgan, radykalną feministkę i działaczkę antydyskryminacyjną (nota bene wziętą przez polskiego tłumacza za faceta, Robina Morgana) i Johna Pilgera, pisarza i dokumentalistę znanego z nieprzejednanej krytyki polityki zagranicznej zachodu, a zwłaszcza USA. W wywiadach Morgan nigdy nie ukrywał swoich wolnościowych fascynacji i sprzeciwu wobec wyzysku, nie może więc dziwić, że kiedy wziął się za opisywanie wojny kolonialnej, to dużo w jego pisaniu goryczy i gniewu. To z kolei czyni Upadłe anioły książką dużo mroczniejszą od swojej poprzedniczki. Akcja zawiązuje się, kiedy Kovacs, obecnie porucznik w jednostce najemników Klin Carrery, znajduje się w orbitującym szpitalu. Jego jednostka została rozbita, a większość podkomendnych nie żyje. Od przypadkowo poznanego człowieka dostaje propozycje udziału w prywatnej inicjatywie, zrobieniu fortuny na odkrytym przez archeologów tuż przed wojną marsjańskim artefakcie. Zmęczony ciągła rzezią i nie mający innej szansy na wycofanie się z planety Sanction 4 Kovacs daje się przekonać do udziału w akcji. Szybko się okazuje, że niezbędna do uruchomienia starej marsjańskiej maszynerii pani archeolog siedzi niestety w obozie dla internowanych, natomiast teren wykopalisk to okolica mająca być w najbliższym czasie potraktowana atomówką. W telegraficznym skrócie, tak co by wam nie psuć radochy gdybyście po książkę sięgnęli, streszczę jeszcze kawałek. Artefaktem jest brama pozwalająca dostać się na przycumowany w odległym obszarze kosmosu marsjański statek kosmiczny. Porzucony, rzecz jasna. Taki statek to unikat. Nigdy jeszcze na coś takiego nie trafiono. Jest więc wart niewyobrażalne pieniądze. Ale żeby móc z niego skorzystać trzeba mieć zaplecze, jakiś pomysł na wykorzystanie go, naukowców itp. Trzeba więc do udziału w całej awanturze zaprosić jakąś korporacje i zabezpieczyć zgodnie z przepisami żeglugi kosmicznej całość jako zdobycz dla tej firmy. Nie za darmo oczywiście. Kovacsovi udaję się zidentyfikować odpowiednią korporacje, nakłonić ją do współpracy, wyciągnąć archeolożkę Tanye Wardani z internatu, zmontować gotową na wszystko ekipę najemników, słowem – odpalić całe przedsięwzięcie. Pojawiają się jednak pewne problemy. Żeby zająć się prywatą Kovacs dezerteruje z Klina, przecieki o calej akcji docierają nie tylko do jego dawnych przełożonych, ale też do miejscowych rewolucjonistów i innych korporacji. A na domiar złego Takeshi nie może do końca ufać swojej ekipie. Tyle streszczenia. Książka jest mocna. Bezsens i okrucieństwo wojny pokazane są dobitnie. Chciwość obu stron, bezwzględność najemników i cena jaką za wszystko płaci ludność cywilna, nadają całości bardzo ponurą wymowę. Pod względem obnażania cynizmu zakulisowo sterujących wszystkim sił gospodarczych i politycznych, Upadłe anioły przypominały mi Psy wojny Forsytha. Sama fabuła prowadzona jest lepiej niż dobrze. Morgan bardzo zręcznie steruje tempem wydarzeń, tak że i na dynamiczne walki i strzelaniny i na budujące prawdopodobieństwo psychologiczne postaci dialogi jest czas. I to jest chyba najmocniejsza strona powieści. Stosunki Kovacsa z Mattiasem Handem, dyrektorem do spraw bezpieczeństwa korporacji Mandrake i jedynym formalnie związanym z ich mocodawcą członkiem zespołu, są naprawdę doskonale zarysowane. Obaj panowie, cyniczni i w pewnych obszarach podobni, wahają się między sympatią i odrazą. W miarę jak narasta stres i mnożą się ofiary, coraz trudniej im ze sobą nawzajem wytrzymać. Do tego Hand jest houganem Bractwa Carrefour, czyli quasi szamanistycznej religii przypominającej vudu. Każdy z nich szuka wytchnienia w czym innym. Takeshi ucieka w złośliwość, cynizm. Hand w swoją niepokojącą religię. Reszta bohaterów też jest z krwi i kości. Zmęczona wojna, choć uplątana w nią bardzo mocno Wardani, cwaniak Schneider, który wziągnął Kovcsa do całej awantury i najemnicy odzyskani na tą misję ze stosów korowych. Ma Morgan zmysł do opisywania ludzi płynacych z pradem zdarzeń, upodlonych moralnie i łączonych niejasnymi stosunkami i kruchymi więzami lojalności. Gdyby tego nie było, książka była by kawałkiem solidnej, militarno-przygodowej fantatsyki, bliższym rozrywce niż refleksji. A tak, mamy jeszcze cały aspekt psychologiczny. Militarne realia są odmalowane dobrze. Wojna widziana z ubocza wydarzeń, dziejąca się w tle, ale nie dająca o sobie zapomnieć, wisi jak fatum nad bohaterami. Wyrzuty sumienia obecne u niekótrych, przy jednoczesnej filozofii „jak nie ja, to ktoś inny będzie walczył, wojny są nieuniknione” zwiększają jeszcze pesymistyczną wymowę powieści. Konstrukcja świata przedstawionego dziedziczy wszystkie słabości po Modyfikowanym węglu, ale raczej nie dodaje nowych. Jest na tyle przekonująca, że pozwala skupić się na ważniejszych aspektach. Nie ma tu już prawie śladu wątków cyberpunkowych. Jest trochę wirtualnej rzeczywistości i broni wirusowej, ale nie są to tak naprawdę istotne rekwizyty. Sfera polityczna natomiast odmalowana jest bardzo dobrze. I to nie tylko w temacie samej wojny. Protektorat Narodów Zjednoczonych, który daje korporacjom wolną rękę w tłumieniu rewolucji, uważając że lepiej się dogadywać z pragmatykami niż buntownikami. Ten sam protektorat uciszający niewygodnych archeologów i ukrywający badania przeczące przyjętej dla celów propagandowych tezie o rozpadzie imperium marsjan skutkiem wojny domowej. Rewolucjoniści hojnie i ochoczo szafujący życiem cywili, w imieniu których wszczynali bunt. Miejscowe siły rządowe, nie mające już żadnego wpływu na nic skoro wojnę przejęły zainteresowane obroną status quo przedsiębiorstwa. I graniczące z pewnością przekonanie Kovacsa, że to wszystko do niczego nie prowadzi. Wszystkim tym i wieloma innymi rzeczami o kótrych tu nie wspominam możemy się cieszyć także dzięki solidnej robocie tłumacza, Marka Pawelca. W Polsce książka dostępna jest w dwóch wydaniach – w miękkiej i twardej okładce. Miękkie wydanie jest dobrze sklejone, ale papier na okładce jest naprawdę byle jaki. Wydanie twardookładkowe jest naprawdę solidne. Książka ponura, brutalna, w pewien sposób dość smutna. Warta przeczytania. Warstwa naukowo fantastyczna tak naprawdę nie jest tu konieczna, przy odrobinie pomyślunku można by spokojnie napisać całość w innych dekoracjach. Ale to nie jest zarzut. Prowadzenie fabuły, tempo, psychologia postaci – na piątkę. Generalnie mi się Upadłe anioły podobały nawet bardziej od Modyfikowanego węgla.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Podsumowania, podsumowania... Cóż, bywają irytujące, ale pozwalają spojrzeć z dystansu. Spróbujmy. w 2011 roku, mimo miesięcznego przestoju w Lipcu i słabej końcówki roku, udało mi się uraczyć was 39 tekstami. W tej liczbie 3 poświęciłem filmom, 19 książkom i 17 róznym sprawom innym. Filmów ciągle mało, ale książki mnie znacznie bardziej kręcą, więc póki co ta proporcja raczej się nie zmieni. Wśród 19 recenzji/omówień dotyczących książek jestem szczególnie zadowolony, że udało mi się przedstawić wam całą Trylogię o Kocie Joan Vinge i dużo, bo prawie wszystkie, powieści Pat Cadigan. Jak dodamy do tego jeszcze N Lee Wood z jej W poszukiwaniu Mahdiego, okaże się że płeć piękna miała na Zielonej solidną reprezentacje. Nie bez początkowych oporów uruchomiłem też nowy front - literature faktu. Będą się dalej pojawiać książki o społeczeństwie inforamycjnym, IT i tematach pokrewnych. Moim zdaniem mogą być ciekawe, no i mieszczą się w konwencji (choć nigdy nie określiłbym ich literaturą cyberpunkową). To tyle. Nie mi oceniać, czy ten blog jest ciekawy albo pouczający. Chciałbym mieć więcej czasu na czytanie i pisanie, bo mnie to bawi zwyczajnie. Jeśli sprawiam wrażenie autora leniwego, to powiem tylko jako wyjaśnienie: czytanie, potem sprawdzanie tego co chcę się napisać i samo pisanie - to pochłania dużo czasu. Nie zawsze go mam. Ale do jednego moge się uroczyście zobowiązać - jeśli z jakiś względów przestanę chcieć/móc Zieloną prowadzić, to ją zamknę. Nie porzucę, tylko wrzuce wszystkie teksty na jaką statyczną stronkę, albo na jakiś zaprzyjaźniony portal. Na pewno nie będzie tak, że po prostu zacznę sie pojawiać coraz rzadziej. Póki co - jadę dalej.
sobota, 31 grudnia 2011
Mili moi! Nie było mnie długo w tak zwanym blogoeterze i to wbrew wcześniejszym deklaracjom. Co mogę powiedzieć... Praca okazała się być wymagająca pod koniec roku, bardziej szczerze mówiąć niż się spodziewałem. Ale nic to, nadrobimy. Dziś wrzuciłem tekst o Rozpoznaniu wzorca Gibsona, a zgodnie z planem następny miał być Cyberpunk Bethke'go. Ale plany uległy zmianie i dwie następne książeczki, które tu trafią to Upadłe anioły i Zbudzone Furie Morgana. Tak żeby się uporać z trylogią o Takeshim Kovacsie. Potem Bethke, a potem jedna książka-niespodzianka o krzemowej dolinie. Tak z kolei w ramach literatury faktu. Natomiast z całą pewnością pierwszym tekstem w 2012 będzie lista wpadek i sukcesów Zielonej Czcionki za 2011. Tak jak w zeszłym roku. Ten rok był dla mnie dziwny ale w sumie udany. W 2011 roku każdy członek mojej najbliższej rodziny trafił do szpitala i to niezależnie od siebie. Ojcu zbuntował się nagle woreczek żółciowy, żona miała operację barku, a dziecko dwa razy zapalenie płuc. Ja zdrów jak ryba. Na koniec wszyscy wyszli z tego obronną ręką W życiu zawodowym miałem kilka najpracowitszych miesięcy w życiu. Raz tylko zdarzyło mi się wcześniej pracować trochę ciężej (w 2007), ale przez znacznie krótszy okres. I w sumie to również okazało sie sukcesem. I to takim, o którym jak dobrze pójdzie będziecie mogli przeczytać w mediach. Jak by tu podsumować... Fajny rok z perspektywy podium, ale w trakcie miejscami nie było zabawnie. W 2012 będzie jeszcze lepiej. Bardzo chcę w to wierzyć. Życzę wszystkim dobrej zabawy i udanego roku 2012. Ale przedewszystkim - dużo ciężkiej pracy. Ciężka praca, o ile tylko czemuś służy sensownemu, to najlepszy narkotyk jaki wynaleziono. Tylko że przyjemny haj pojawia się niestety z dużym opóźnieniem, kiedy zbieramy to co zasialiśmy. Kurde, ale się zrobiłem mentorsko pedagogiczny, znak to niechybny, że czas kończyć na dziś. Bywajcie!
Wydawnictwo: Zysk i s-ka Tłumaczył: Paweł Korombel Wydano w Polsce: 2004 Oryginalne wydanie: 2002
Nie było chyba książki na którą tak bym czekał. Gibson publikuje dość rzadko, więc zawsze zdążę się zniecierpliwić zanim wyjdzie kolejny tytuł. A po wspaniałej Trylogii Mostu spodziewałem się mocnego uderzenia. No nic, trza jakoś swoje myśli ułożyć, żebyście mieli szanse zrozumieć, czemu uważam Rozpoznanie Wzorca za książkę znakomitą. „Fantastyczność” u Gibsona stopniowo ustępowała miejsca realności. Neuromancer i kontynuacje są wizją stricte fantastyki naukowej, Trylogia Mostu leży już dużo bliżej rzeczywistości obiektywnej, a Rozpoznanie wzorca, W kraju agentów i Zero History opisują po prostu współczesność. Ale taka współczesność może nieźle zaskoczyć, kiedy analizuję ją ktoś taki jak Gibson. Bohaterką powieści jest Cayce Pollard. Dziewczyna po trzydziestce, pracująca jako wolny strzelec w branży marketingu. Jeździ po świecie i usiłuje rozpoznać trendy, mające największą szanse na sukces komercyjny. Jest lekko neurotyczna, bogata, samotna i zdaje się dryfować w życiu bez żadnego określonego celu. Kto jak kto, ale Gibson umie tworzyć prawdopodobnych psychologicznie bohaterów... Cayce przybywa do Londynu w sprawie oceny nowego logo jednej z korporacji. Pożycza mieszkanie od znajomego i niemal od razu wpada w tarapaty. Zdaje sobie sprawę, że po jej nieobecność ktoś się włamał. Nic nie zginęło, ale dziewczyna czuje się śledzona. Niedługo potem pod jej drzwi ktoś podrzuca ludzika Michelin. Tak, tak. Taki oponiasty ludzik z logo firmy od opon. Okropieństwo trzeba przyznać. Jak skrzyżowanie czerwia z nie do końca wyschłą mumią. Ale dla panny Pollard ten niewinny żarcik ma znacznie bardziej złowrogą wymowę. Otóż nasza bohaterka na znaki firmowe i reklamowe jest bardzo wyczulona. A niektóre z nich wywołują u niej irracjonalny lęk. Po prostu – jej talent do rozpoznawania chwytliwych logotypów ma ciemną stronę. Taki defekt psychiczny (bo trudno inaczej traktować fobie na tle ludzika Michelin) jest oczywiście jej wstydliwym sekretem. A ktoś daje jej znać, że sekret poznał. Konkurencja? Niewykluczone. Jednocześnie z perypetiami zawodowymi Cayce poznajemy temat Emefów. Emefy to krótkie filmy, pojawijące się tu i uwdzie w sieci. Tajemnicze fragmenty większej całości, przedstawiające pocałunek tajemniczej pary. Wzbudzają niezdrowe zainteresowanie i szybko obrastają swoistym kultem. Czemu? Filmiki są dziwne. Niesamowicie dopracowane, pojawiające się w sposób wskazujący, że autor pragnie pozostać anonimowy... Manusrpyt Voynicha ery cyfrowej i to w trakcie powstawania. Trzecią płaszczyzną fabularną jest temat grupy londyńczyków ( iędzy innymi młodego imigranta z Polski, Wojtka) zaangażowanych w handel starymi komputerami i maszynami liczącymi, a przede wszystkim kalkulatorami Curta. Produkowane w latach '40 mechaniczne kalkulatory dźwigniowe o ogromnej precyzji, obecnie bardzo cenny obiekt kolekcjonerski. Podejrzewam, że ci z Was, którzy książki nie czytali, dochodzą przy lekturze niniejszego tekstu do wniosku, że Rozpoznanie wzorca jest czymś strasznie udziwnionym. Trochę tak, trochę nie. Trzy wątki szybko splatają się w jeden. Dochodzenie a propos pochodzenia Emefów które podjmuje Cayce prowadzi ją przez dziwne obszary współczesności aż do niespodziewanego finału. Widać tu wyraźnie motywy bardzo dla Gibsona charakterystyczne. Odczłowieczająca natura bogactwa (choć tym razem pokazana nie na przykładzie korporacji a rosyjskich oligarchów), zdolność do tworzenia sobie własnych quasi-społeczności (łowcy emefów, pracownicy marketingu, bogaci single) i zadziwienie nad współczesnością. Gdyby powieść była pisana sto procent na poważnie, pewnie trudno by było przez nią przebrnąć. Podobnie, gdyby tropem innej książki podsumowującej swoją epokę, trylogii Iluminatus! Duetu Robert Wilson & Robert Shea, Gibson zechciał całość przedstawić w konwencji czystego nonsensu, również dekoracjie przysłoniłyby treść i nic by z tego nie wyszło. Sukces w przypadku Rozpoznania wzorca polega na utrzymywaniu się na granicy pastiszu. Nie na poważnie i nie na kpiąco a zarazem i tak, i tak. Trudno to opisać, to trzeba przeczytać. Pod względem balansowania na granicy powagi przygody Cayce Pollard przypominają mi nieco kompletnie już zapomnianą powieść Bazyliszek René-Victor Pilhesa. Ale to może być fałszywy trop, bo Bazyliszka czytałem z 10 lat temu. Słów kilka o wydaniu Polskim.Tłumaczenie Pawła Korombla mogłoby być lepsze. Ale jest na niezłym poziomie, wykłada się tylko gdzieniegdzie na słownictwie fachowym, ogólna uroda tekstu zostaje raczej zachowana. Wydanie w oprawie miękkiej, okładka ze skrzydełkami, ilustracja na okładce ładna. Przyzwoicie. Podsumujmy: podróż przez gąszcz logotypów, tendencji konsumenckich, fascynacji internautów i różne mniej oczywiste oblicza globalnej wioski. Za jakieś pięćdziesiąt lat na uniwersytetach będzie pewnie obowiązkową pozycją na lektoracie z kultury początków XXI wieku. Warto, ale to bardzo warto przeczytać tę książkę. Można jej potem nawet nie lubić, byleby spróbować ją zrozumieć.
czwartek, 17 listopada 2011
Lecę z nóg. Ponad pół roku planowania logistyki i transportu dla największej pojedynczej szafy komputerowej jaką w życiu widziałem. Większej od wszytskich Cray`i, Sunów, Bullów, IBM BlueGenów/p, IBM Roadraunnerów czy czegokolwiek na co udało mi się trafić w swoim życiu zawodowym. Ponad 212 centymetrów wyskości, 3,8 tony.Najtrudniejsze zadania zawodowe jakie do tej pory rozwiązywałem Udało się. Maszyna stanęła na swoim miejscu. Teraz będę miał czas wychowywać dziecko, czytać, pisać i na całą resztę. Dziękuje wszystkim moim współpracownikom. Wiem, że przynajmniej jedna osoba czyta tego bloga. Arku N - dzięki. Nie to żeby ten wpis miał coś wspólnego z tematyką niniejszego bloga. No, może odrobinę. Siedziałem dziś przez chwilę z Arkiem w pokoju operatorów, oddzielonym szybą od serwerowni centrum superkomputerowego i gadaliśmy o opisywanym tu niedawno Kukułczym jaju Stolla. Z łezką w oku, bo jak mówią na achód od nas To se ne vrati. Trochę nie pisałem, ale pracowałem po kilkanaście godzin dziennie. Dziś jest Wileki Dzień. Wstawiamy do klienta superkomputer o masie 4 ton przez za małe drzwi. Będzie dobrze :). Podsumowanie roku pracy.
niedziela, 06 listopada 2011
Umknęło mi to wczoraj jak kończyłem pisać, teraz chciałbym uzupełnić. Cały obraz życia matów, jaki wynika z rozmów Bancrofta z Kovacsem, bardzo przypomina rozmowę między Molly a Ashpoolem w Neuromancerze. U Morgana jest wulgarniej, ale motyw samotności i zmęczenia sobą, wraz z postępującą dekadencją, w sumie wygląda bardzo podobnie. Jeszcze jeden przykład na to, że sukces książki o Takeshim nie wynika z jej oryginalności. Tak samo trauma wojenna Kovacsa, czyli wydarzenia na Innenin, włącznie z całym tematem sądu wojskowego nad dowódcami jest podejrzanie podobna do wspominanej w Neuromancerze operacji Rycząca Pięść. Dla uczciwości dodam, że w Modyfikowanym węglu jednak ten motyw zupełnie czemu innemu służy. Aż dziwne, że recyklując te wszystkie pomysły, Morgan napisał taką dobrą i wciągającą powieść. Morgan o przygodach Kovcsa napisał jeszcze dwie książki. Upadłe anioły i Zbudzone furie. Obie dobre. Na pewno będę o nich pisał. Ale póki co kolejność jest taka - Rozpoznanie wzorca Gibsona, potem Cyberpunk Bruca Bethke (powieść, nie opowiadanie o tym samym tytule)
sobota, 05 listopada 2011
Autor: Richard Morgan Wydawnictwo: Isa Tłumaczył: Marek Pawelec Wydano w Polsce: 2005 Oryginalne wydanie: 2002
Modyfikowany Węgiel to debiutancka powieść Brytyjczyka Richarda Morgana. Książka zdobyła taką popularność, że z miejsca trafiła na listy bestsellerów. W USA otrzymała nagrodę im. Philipa K. Dicka. Przetłumaczono ją na 8 języków, a niedługo po wydaniu Warner Bros kupiło prawa do ekranizacji. O co tyle szumu? Czy Modyfikowany Węgiel wyznacza nowe standard w dziedzinie powieści sf? Nie. W każdym razie w niewielkim stopniu. Jest to kolaż motywów przeważnie znanych już skądinąd. Tym, co zapewniło książce międzynarodowy sukces jest znakomity styl i wciągająca historia. Oba te czynniki czynią z Modyfikowanego Węgla lekturę praktycznie obowiązkową. Co nie zmienia faktu, że są liczne elementy świata przedstawionego, które po głębszej analizie nie mają za wiele sensu, i to w obszarach zupełnie kluczowych dla zrozumienia działania tego świata. Akcja toczy się w wieku XXVI. Ludzkość skolonizowała potężny kawałek kosmosu, a pełnię władzy skupia w swych rękach Protektorat Narodów Zjednoczonych. Ale najistotniejsze w wizji Morgana jest to, że udało oszukać się śmierć. Każdy narodzony człowiek posiada wszczepiony w podstawę mózgu stos korowy. Urządzenia to przechowuje aktualny stan mózgu swojego nosiciela. W przypadku śmierci, po przełożeniu do nowego ciała, sztucznego bądź naturalnego, pozwala na odtworzenie świadomości w nowym organizmie. Gdy zaś nie ma umysłu delikwenta gdzie włożyć, zawsze można załadować go do wirtualnej rzeczywistości. Ponieważ technika lotów gwiezdnych nie pozwala na szybkie podróżowanie, nawet między niezbyt odległymi systemami leci się kilkadziesiąt lat, wynaleziono też możliwość przesyłania zawartości stosów korowych przez tzw. transport strunowy. Ta metoda jest niemal natychmiastowa. Wymaga jednak ponownego upowłokowienia w miejscu docelowym. Poza tym transport strunowy jest bardzo drogi. Siłą rzeczy więc, poruszanie się między planetami jest niedostępne dla szerokich rzesz. Państwo jest gwarantem nieśmiertelności swoich obywateli, dopilnowując umieszczenia każdego pośmiertnego stosu w przechowalni. Można wykupić drogą polisę na powtórne upowłokowienie w przypadku śmierci, a jak kogoś stać, to trzymać nawet kilka ciał na różne okazje. Stos, mimo iż jest pancerny jak skrzyżowanie zegarka G-shock z czarną skrzynką, może oczywiście ulec zniszczeniu. Można go celowo spalić bronią energetyczną, a na upartego nawet roztrzaskać obcasem. Między innymi dlatego, dla odpowiednio bogatych, albo pracujących w szczególnie niebezpiecznych zawodach, istnieje możliwość wykupienia usługi polegającej na zdalnej kopii swojego stosu. Na przykład raz na dobę. W takim przypadku nawet gdy urządzenie przepadnie - „nie wszystek umrę”. Aż by się chciało zakrzyknąć biblijnym cytatem: „Gdzież jest, o śmierci, żądło twoje?"*. Nie mniej jednak, mimo tych wszystkich wspaniałych osiągnięć, XXVI wiek nie jest najszczęśliwszym czasem. Po pierwsze dlatego, ze Protektorat NZ rządzi żelazną ręką. Zwłaszcza stosunki między metropolią a koloniami są bardzo napiętę. Za każdą próbę buntu wobec władz Protektoratu, kolonialne światy są bezlitośnie karane. Tylko jak ukarać kogoś, do kogo trzeba lecieć kilkadziesiąt lat? Znalazł się sposób. Trzeba żołnierzy przesłać transportem strunowym. To rozwiązanie rodzi kolejny problem. Po przelaniu do nowego ciała człowiek jest przez dłuższy czas w rozsypce. Powinien odespać, odpocząć. Nie ma mowy, żeby dać mu od razu karabin i posłać na wojnę. A w wojnach przyszłości tylko błyskawiczne akcje mają szanse powodzenia. Protektorat NZ stworzył więc specjalna kaste żołnierzy. Nazywają ich Emisariuszami. Są wybitnie wyszkoleni w kontroli nad ciałem. Dowolnym ciałem. Znają ćwiczenia oddechowe, mają dużą kontrolę nad takimi rzeczami jak temperatura ciała czy ciśnienie krwi. Uwarunkowanie emisariusza to trening zbudowany w oparciu o mądrości wschodu, techniki ze sztuk walki, medytację, autosugestię i inne tego typu rzeczy. A przede wszystkim pozwala żołnierzom świeżo upowłokowionym po transferze natychmiast skutecznie walczyć. I są wtedy prawdziwymi maszynami do zabijania. Tyle tylko, że kiedy odejdą już do cywila, nie bardzo jest co z nimi robić. Biegłość w manipulowaniu ludźmi i zdolność do bezbłędnego kłamania, z których są powszechnie znani, powoduje że na większości cywilizowanych światów mają zakaz pełnienia jakichkolwiek funkcji związanych z władzą. Są więc spychani do półświatka. Nasz bohater będzie jednym z takich właśnie ludzi. Byłym żołnierzem i średnio prosperującym bandytą. Takeshi Lev Kvacs. Ex Emisariusz pochodzenia słowiańsko-japońskiego pochodzi z planety Świat Harlana. Skolonizowana niedawno, jakieś półtora stulecia temu, pierwotnie rządzona przez japońskie keiretsu. Takeshiego poznamy w chwili śmierci. Po udanymy napadzie, wraz ze swoją kochanką odsypiają przyczajeni w jakimś tandetnym hoteliku, kiedy wpadają komandosi. Giną oboje. Ponury początek. Smierć nie trwa jednak długo. Takeshi budzi się na Ziemi. Wielka litera w poprzednim zdaniu zamierzona. Na planecie Ziemia. Pewien bardzo bogaty i wpływowy człowiek dobrze zapłacił za wyciągnięcie go z tzw. przechowalni, czyli więzienia. Ma dla Kovacsa zadanie. Chce go zatrudnić do pewnego śledztwa. Śledztwa w sprawie swojego własnego morderstwa. Miał zdalna kopię, więc wrócił do życia, ale ostatnich kilku godzin swojej poprzedniej instancji nie pamięta. Dlaczego ktoś rozwalił z blastera stos faceta, co do którego można mieć pewność, że stać go na zdalną kopię? Czemu to miało służyć? Policja uznaje to za samobójstwo, ale znowu – po co, skoro z góry było wiadomo, że będzie nieskuteczne? Węzeł gordyjski domysłów, wynikający z oczywistej nieskuteczności wybranego przez zabójcę sposobu. Kovacs zaczyna śledztwo. Dobra, koniec tego streszczania. Jak ja nie lubię streszczać... Strasznie nie lubię. Kiedyś lubiłem, streszczę wam jak do tego doszło, że teraz nie lubię. No więc, to było.... NIE. STOP. AD REM. O czym to ja... A, tak. Już wiem. Powieść Morgana to czarny kryminał. Taką formę i taką problematykę sobie autor wybrał. I widać wyraźnie, że Morgan czuje bluesa. Bohater jest cyniczny, ale gdzieś głęboko w środku szlachetny. Jego mocodawcy potężni i bogaci, oraz zepsuci. Miasto nuża się w dekadencji, policja jest nieskuteczna. Wszyscy chodzą do burdeli i biorą łapówki. Z tego wynika pierwsze zastrzeżenie, które muszę zrobić polecając wam tą książkę. Jest bardzo brutalna, miejscami lekko pornograficzna i w ogólnej wymowie dość okrutna. Raczej nie dla dzieci. Ale jest w tym niezwykle konsekwentna i nie jest to seks i przemoc dla samego seksu i przemocy. Psychologia postaci, z wyjątkiem kilku obszarów związanych z poleganiem na całej tej technice nieśmiertelności, jest bardzo przyzwoita. Pracodawca Kovacsa, Bancroft, jest tak zwanym matem. Mat to skrót od Matuzalema. Bancroftowie są tak bogaci, że od ponad trzystu lat mogą sobie pozwolić na młode ciała i nieprzerwaną obecność na świecie. Ten przywilej dostępny jest właściwie głównie dla najzamożniejszych. Motyw odczłowieczającego bogactwa, przewijający się parokrotnie w dialogach Kovacsa z Bancroftem, tak charakterystyczny dla cyberpunku jako nurtu literackiego, jest tu obecny choć nieco rozwodniony. Ale, ale – na początku tego tekstu pisałem o bezsensownych elementach tej książki. Przyjrzyjmy im się. Morgan nie przemyślał do końca implikacji niektórych swoich wynalazków. Wynika to pewnie trochę z braku doświadczenia. Pierwszym takim wynalazkiem jest wirtualna rzeczywistość. Standardowy cyberpunkowy gadżet, co tu można zrobić źle? Autor na potrzebę kilku scen przyjął. Że czas w VR można dowolnie przyspieszyć lub opóźnić. W zakresie przynajmniej kilkanaście razy szybciej/wolniej niż real. Otóż możliwość takiego sterowania czasem powinna świat wywrócić do góry nogami. Zwłaszcza, że VR w świecie Morgana jest bardzo realistyczne i umożliwia przeżywanie właściwi wszystkiego tego co poza VR. Pracownicy chcieliby w takim razie przenieść się do VR z robotą, żeby zaoszczędzić czas. Skoro 8 godzin pracy można odbębnić w 15 minut obiektywnego czasu, to byłby to krok naturalny. Firmy, wszędzie tam gdzie można, również przeniosłyby się do wirtualności. Czas to w końcu pieniądz. A u Morgana nie widać w ogóle żadnego wpływu tego wynalazku na kształt społecznego tła. Mam też problem ze zrozumieniem naiwnej wiary w nieśmiertelność w przypadku użycia zdalnej kopii. Dla rodziny nieszczęśliwe zmarłego to może być jakiś pomysł. Natomiast dla niego nie. Po prostu. Nasza kopia, to nasza kopia. Posiadanie klona/savegame'a/brata bliźniaka nie czyni nas w żaden sposób nieśmiertelnymi. Śmierć, z subiektywnej perspektyw, jest równie ostateczna i przerażająca. Co innego, kiedy stos po śmierci wkładają po prostu w nowe ciało. Wtedy śmierć staje się omdleniem, nagłą drzemką. Ale te dwie sytuacje trzeba rozgraniczać. Morgan tego nie robi, każąc sowim bohaterom przyjmować za pewnik oczywistą nieprawdę. I to jeszcze w obszarze, w którym ludzie wykazują daleko idącą ostrożność w braniu czegokolwiek na wiarę. Kompletnie się też autorowi nie udał system karno-penitencjarny. A jest to o tyle istotna część fabuły, że przecież Takeshi jest bandytą recydywistą. Wokół więzienia i całego kodeksu karnego, toczy się wiele dialogów. W świecie Modyfikowanego węgla za większość przestępstw grożą długoletnie wyroki. Odbywa się je w przechowalni. Po prostu, ciało idzie na sprzedaż a stos ląduje na półce. Na 20, 50 albo i 200 lat. Nie rozumiem. Gdzie tu jest kara? Karą ma być samotność i futureshock po przebudzeniu? To czym w takim razie się różni wyrok 100 lat od 200? Efekty ma chyba raczej te same. Ten pomysł jest denny. To jak krio-więzienia znane z sf od nie wiem jak dawna i od nie wiem jak dawna wyśmiewane bez litości. Dotkliwość kary pozbawienia wolności, polega na pozbawieniu wolności. A do wolności niezbędny jest podmiot który ją ma odczuwać. Jeśli zapis umysłu, wyłączony, trzymamy na biurku, to nie jest to pozbawienie wolności. To tylko bezstratna podróż w czasie. Trzeci duży zarzut to brak konsekwencji w podejściu do religii. W fabule dość dużą rolę odgrywa temat katolików. Katolicyzm na ziemi pozostał dość częstym wyznaniem. W koloniach zaś prawie go nie ma. Katolicyzm nie ma szansy się upowszechniać, gdyż digitalizacje świadomości uznaje za grzech. Wyznawcy posiadają odpowiedni dokument, wydawany na żądanie, że po śmierci nie wolno ich stosów podłączać do VR, przekładać do nowego ciała, ani w żaden inny sposób ingerować w wieczny odpoczynek. Jeśli więc zostaną skazani na przechowalnie – mogiła. Jeśli zginą w swoim pierwszym ciele – mogiła. Jeśli zestarzeją się i umrą – mogiła. Ok. Rozumiem. Rozumiem też, że stosy mają dlatego, że jest to po prostu obowiązkowe. To nawet ma sens. Rozumiem także, że takie twarde podejście do tematu umierania marginalizuje to wyznanie. Ale w świecie Morgana katolicyzm jest już tak zapomniany, że na przykład Kovacs dowiaduje się dopiero na ziemi co to jest. Ludzie po prostu nie widza skąd się to wyznanie wzięło i co dokładnie oznacza. To jest bzdura. Katolicyzm już wielokrotnie w historii dowiódł swojej żywotności. Gdyby autor chciał na poważnie uzasadnić jego odejście w zapomnienie, musiałby przekonfigurować wiele dialogów. Nie zrobił tego. Ludzie mówią: o Jezu, o Boże itp. To dośc niekonsekwentne, tym bardziej że o innych niż katolicyzm formach chrześcijaństwa nie ma w książce ani słowa. Tak jakby w ogóle ich nie było. Spróbujmy ten przydługi tekst podsumować. Fabuła książki jest bardzo dobra. Na koniec mamy i zaskakującą woltę i moralny dylemat. Jest tak jak być powinno. Z obu sztafaży, czarnego kryminału i cyberpunku, udaję się Morganowi sklecić znakomite tło dla wydarzeń. W połączeniu z jego dobrymi umiejętnościami w posługiwaniu się językiem, snuciu opowieści, budowaniu nastroju, daje to efekt naprawdę znakomity. Modyfikowany węgiel stanowi niewątpliwie jedną z lepszych powieści rozrywkowego sf. Gdybyśmy chcieli zgadywać jak będzie wyglądać społeczeństwo przyszłości, posiłkując się spekulacjami Morgana, wtedy niestety całość się wali. To jest książka rozrywkowa, może trochę psychologiczna. Na pewno z futurologią nie ma nic wspólnego. Warto czytać zdecydowanie, ufać już raczej nie. Polskie wydanie dostępne jest w miękkiej i w twardej oprawie. Polecam twardą, bo książka ma koło 500 stron i w miękkiej prędzej czy później się rozlatuje. Tłumaczenie bardzo dobre. Okładka dziwna. Nie wiem kto to ma być. Widać wyraźnie, że nie Kovacs, w żadnej ze swoich powłok. Już chyba lepiej było użyć oryginalnego obrazka z wydania Brytyjskiego
* (I Kor. 15:55) |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi
Konkurs na blog roku 2011
Polecane strony o fantastyce
Tagi
|